wtorek, 15 marca 2016

"Podróże z owocem granatu" Sue Monk Kidd, Ann Kidd Taylor [PRZEDPREMIEROWO]


Wielu z nas w swoim życiu pisało pamiętniki. To najlepszy sposób na poradzenie sobie z niektórymi emocjami i rozterkami. „Podróże z owocem granatu” to pamiętnik w którym splatają się głosy matki i córki, stojących na rozdrożu życia. Czy uda im się odnaleźć właściwą drogę?

Sue zmaga się z kryzysem wieku średniego i właśnie jest w trakcie pisania swojej debiutanckiej książki „Sekretne życie pszczół”. Niestety dopada ją niemoc twórcza, przez co kobieta nie może uporać się z dokończeniem książki. Jej 22-letnia córka Ann ma złamane serce, coraz bardziej popada w depresję i ciężko jej odnaleźć życiowy cel. Matka i córka wyruszają w podróż do Grecji, Turcji i Francji. Wspólnie tworząc dziennik, który będzie zapisem więzi jaka je łączy.

Zwykle unikam wszelkich biografii, autobiografii lub prywatnych dzienników. Nie potrafię odnaleźć się w takiej książce i z reguły mam później problem z podzieleniem się swoimi wrażeniami po lekturze. Jednak dla Sue Monk Kidd zrobiłam wyjątek. Do tej pory czytałam dwie książki autorki, mianowicie: popularne „Sekretne życie pszczół” i „Opactwo świętego grzechu”. Oba tytuły zrobiły na mnie ogromne wrażenie, jednak „Sekretne życie pszczół” to książka która na długo pozostanie w moim sercu. Czytałam ją już dwa razy i jestem pewna, że jeszcze nie raz do niej wrócę. Wiedziałam, że „Podróże z owocem granatu” będą zupełnie inną książką, niż dotychczasowe powieści autorki. Po pierwsze dlatego, że jest to dziennik. A po drugie, dlatego, że została napisana w duecie z córką. To bardzo poruszająca, emocjonalna i osobista lektura, która pozwala czytelnikowi bliżej poznać postać Sue Monk Kidd i jej córki. Autorki dzielą się z nami swoimi przemyśleniami i wielokrotnie podczas czytania, możemy zauważyć jak ogromne znaczenie ma dla nich ta powieść.

Ciężko wyrazić mi swoje uczucia po lekturze tej książki. Miałam do niej dwa podejścia. Pierwsze zakończyło się fiaskiem. Przeczytałam pierwsze 30 stron i stwierdziłam, że nie jest to książka dla mnie. Parę dni temu zdecydowałam, że dam jej kolejną szansę. Za drugim podejściem było o wiele lepiej. Gdy wzięłam się za czytanie, ciężko było mi się od niej oderwać, a „Podróże z owocem granatu” nie tylko mnie zaskoczyły i zaintrygowały, ale również skłoniły do głębszych przemyśleń i refleksji. Trzeba zaznaczyć, że nie jest to łatwa lektura. Autorki poruszają wiele ważnych, trudnych, a czasami nawet dość kontrowersyjnych tematów. Nie boją się jednak wyrażać swoich poglądów i z wielkim zaangażowaniem oraz poświęceniem dzielą się z czytelnikiem odrobiną swoich rozważań. A robią to w niezwykły sposób. Uderzają trafnością spostrzeżeń, mądrością i wrażliwością. Pięknie wyrażają swoje emocje i uczucia, a my mamy okazję ujrzeć jak ogromna więź je łączy. I choć czasami ciężko im się porozumieć, to jednak widzimy jak wiele znaczą dla nich wspólne podróże i czas spędzony razem.

Istotną kwestią w całej książce jest postać Marii i Czarnej Madonny. I dla Ann i dla Sue stanowi ona pewien element i wyznacznik w życiu. Dla Sue, Maria jest główną ikoną oddania, symbolem boskiej kobiecości i muzą. Autorka wiele razy do niej wraca i widać jak wiele postać Marii dla niej znaczy. Można by nawet powiedzieć, że w pewnym sensie była dla niej inspiracją do napisania powieści „Sekretne życie pszczół”. Kto czytał, wie, że Czarna Madonna pojawia się tam bardzo często. Również dla Ann postać Marii jest bardzo ważna i wielokrotnie zaznacza to w swojej książce. Jednak dla niej kolejnymi ważnymi postaciami są Atena i Joanna d’Arc. To dzięki nim, Ann odnajduje swój życiowy cel, a także wiarę w siebie i swoje możliwości. Udaje się jej też pokonać depresję i uleczyć złamane serce. Sue natomiast zmaga się z kryzysem wieku średniego. Powoli wkracza w okres przekwitania, co nie jest dla niej łatwe. Staje się Starą kobietą, jak sama mówi o sobie. Jest to dla niej rozpoczęcie kolejnego rozdziału w życiu, a jej największym marzeniem jest zostanie powieściopisarką.

„Podróże z owocem granatu” to niesamowity zapis wędrówki dwóch kobiet - dojrzałej i dorastającej. Wędrówki w głąb samych siebie w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące je pytania i nowej życiowej drogi. To również niezwykła opowieść o podróżach, o pięknej i malowniczej Gracji, Turcji i Francji. Autorki zwiedzają te zakątki świata i dzielą się z nami swoimi spostrzeżeniami. Pięknie opisują widziane krajobrazy i zabytki. Widać, że największe znaczenie ma dla nich Grecja, bo odwiedzają ją dwukrotnie. W całej książce pełno nawiązań do mitów i greckich bóstw, a Sue i Ann są niczym współczesne Demeter i Persefona. W niezwykły sposób wplatają mity w swoją historię, sprawiając, że staje się ona dużo bardziej intrygująca i magiczna.

„Podróże z owocem granatu” to książka która bardzo mnie poruszyła. I choć na początku nie mogłam się do niej przekonać, cieszę się, że dałam jej szansę. To wyjątkowa i bardzo osobista lektura, pełna znaczeń, snów i symboli. Niezwykle prawdziwa, refleksyjna i mądra. Przepełniona prawdziwymi emocjami i przeżyciami, które trafiają głęboko do serca i na długo tam pozostają. Sue Monk Kidd po raz kolejny pokazała, że jest mistrzynią pióra, a jej córka Ann Kidd Taylor to bardzo obiecująca pisarka. Ich wspólna książka to prawdziwy majstersztyk i piękny obraz pogłębiającej się więzi między matką a córką. To również opowieść o poszukaniu swojej kobiecości, odkrywaniu celu w życiu i dążeniu do realizacji swoich marzeń. Gorąco polecam!

Autor: Sue Monk Kidd, Ann Kidd Taylor
Tytuł: Podróże z owocem granatu
Tytuł oryginału: Traveling with Pomegranates
Wydawnictwo: Literackie
Data premiery: 17 marca 2016
Liczba stron: 308
Gatunek: autobiografia/pamiętnik
MOJA OCENA: 8/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu


poniedziałek, 14 marca 2016

"Dziewczyna z Ajutthai" Agnieszka Walczak-Chojecka


Czy praca jest najważniejsza? Czy ciągła pogoń za sukcesem, to gwarancja szczęścia? A gdzie w tym wszystkim miejsce dla samego siebie, dla swoich marzeń i pragnień? Może w końcu nadszedł czas aby coś zmienić? Przecież każda zmiana, nawet ta najmniejsza, może być początkiem czegoś wielkiego i niezwykłego...

Joanna jest kobietą sukcesu, praca w wielkiej korporacji zapewnia jej życie na wysokim poziomie. W pracy wszyscy ją szanują i podziwiają. Nic nie zapowiada, aby coś miało pójść nie po jej myśli. Niespodziewanie jednak zostaje zwolniona z pracy, czego powodem miały być ponoć cięcia w kosztach. Kobieta jest zdruzgotana i ciężko jej poradzić sobie z utratą pracy. Jak się okazuje, ma też dużo wolnego czasu, z którym nie wie co zrobić. Pewnego dnia spotyka kolegę z dawnych lat, który proponuje jej pracę która będzie się wiązać z wyjazdem do Tajlandii. Razem ze znajomymi wyrusza w niezwykłą podróż, która będzie nie tylko spełnieniem jej marzeń, ale również ucieczką od wszystkiego co do tej pory ją ograniczało. W międzyczasie jej przyjaciółka Iza musi uporać się ze swoimi problemami. Straciła wiarę w swojego mężczyznę, a podróż do Tajlandii ma jej pomóc w uporaniu się z wątpliwościami i rozterkami. Obie kobiety będą musiały poszukać właściwej drogi i wyruszyć w głąb samych siebie. Czy przyjaciółki odnajdą szczęście i posłuchają swoich wewnętrznych głosów? Czy w końcu poczują się wolne?

„Czasami prawda jest zbyt bolesna, by można ją było tak po prostu przełknąć.” *str.36

„W życiu jest tyle cudownych możliwości, tylko trzeba w nie uwierzyć i wybrać coś, co cię naprawdę kręci.” *str.121

Agnieszka Walczak-Chojecka to polska autorka którą bardzo sobie cenię. Pierwszą książką pisarki która trafiła w moje ręce była „Włoska symfonia”, która całkowicie mnie pochłonęła i oczarowała. Sięgając po „Dziewczynę z Ajutthai” liczyłam na podobne emocje i wrażenia z lektury. Okazało się jednak, że obie książki znacznie się od siebie różnią, a każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa. „Dziewczyna z Ajutthai” to debiutancka książka autorki, która doczekała się swojego wznowienia. Cieszę się, że mogłam ją przeczytać, bo było to dla mnie niezwykłe i bardzo nietypowe doświadczenie.

Autorka zabiera czytelnika w niezwykłą i odkrywczą podróż. Na początek, wraz z bohaterką wyruszamy w góry, by później zagłębić się w egzotyczny i zniewalający klimat pięknej Tajlandii. Agnieszka Walczak-Chojecka w bardzo obrazowy sposób przedstawia nam ten magiczny zakątek świata. Wędrówka Joanny i jej przyjaciółki, to nie tylko egzotyczna podróż w której bohaterki mogą odpocząć od codzienności i problemów. To również mistyczna wędrówka w głąb samych siebie, która ma na celu obnażyć ich słabości i próbować się z nimi uporać. Jest tutaj również tajemnicza dziewczyna z Ajutthai, która jest atrybutem i symbolem całej historii, jak i Joanny. Jaką tajemnicę skrywa? Kobieta musi odnaleźć spokój ducha i spróbować uwolnić się od tego, co do tej pory ją zniewalało. Utrata pracy jest katalizatorem do zmian i choć kobiecie nie jest łatwo się z tym uporać, podróż do dalekiej Tajlandii pomaga jej zrozumieć co w życiu jest najważniejsze. Będzie to dla niej początek czegoś nowego. Joanna, jak i jej przyjaciółka Iza wrócą z tej podróży całkowicie odmienione i szczęśliwsze.

Po przeczytaniu „Włoskiej symfonii” spodziewałam się, że „Dziewczyna z Ajutthai” będzie równie zniewalającą i namiętną historią. Zwróciłam uwagę, że na poprzednim wydaniu książki znajduje się podtytuł „Niezbyt grzeczna historia”. Próbowałam doszukać się tej niegrzeczności w książce, ale jakoś mi się nie udało. Nie ma tu ani wulgarności, ani tym bardziej zdrożnych treści. Jak dla mnie to niezwykle klimatyczna i intrygująca lektura, która owszem zniewala, ale nie scenami namiętności, a niesamowitymi opisami egzotycznych miejsc i wewnętrznej wędrówki Joanny.

Książkę czytało mi się niezwykle lekko i szybko, a historia Joanny bardzo mnie zaintrygowała. Choć niestety można zauważyć pewne niedociągnięcia, które spycham na karb tego, iż był to debiut autorki. Najbardziej przeszkadzały mi przeskoki między poszczególnymi wydarzeniami i zbyt powierzchowne potraktowanie tematu. Zabrakło mi pewnego rozwinięcia i płynności akcji. Wydaje mi się, że książkę można było jeszcze trochę rozwinąć, dzięki czemu czytelnik miałby okazję zżyć się z bohaterami i dużo bardziej wczuć w całą historię.

„(…) czasem los daje nam znaki, a my ich nie zauważamy, albo po prostu nie chcemy zauważyć, bo boimy się zmian, które się zdarzą, jeśli podejmiemy wyzwanie. A przecież zmiany bywają zbawienne.” *str.208

„Dziewczyna z Ajutthai” to klimatyczna i ekscytująca lektura, która zabiera czytelnika w niecodzienną podróż na drugi koniec świata. Autorka ma niezwykły talent do opisywania otoczenia i w świetny sposób wplata to w swoje historie. Dzięki temu zyskują zupełnie innego wydźwięki i charakteru. „Dziewczyna z Ajutthai” to książka która zachwyca niezwykłymi barwami, plastycznymi bohaterami i intrygującą fabułą. To lekka, ale również bardzo refleksyjna lektura. Polecam i zachęcam do zapoznania się z twórczością Agnieszki Walczak-Chojeckiej.

Autor: Agnieszka Walczak-Chojecka
Tytuł: Dziewczyna z Ajutthai
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 09 września 2015
Liczba stron: 328
Gatunek: literatura obyczajowa
MOJA OCENA: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce


niedziela, 13 marca 2016

"Były sobie świnki trzy" Olga Rudnicka [PRZEDPREMIEROWO]


Czy podpisanie intercyzy to podpisanie wyroku na siebie? Czy w ten sposób kobieta zamyka sobie drogę do szczęścia, spokoju i... majątku męża? Niekoniecznie. Nie ma problemu którego nie dałoby się rozwiązać, nawet jeśli będzie trzeba posunąć się do morderstwa...

Martusia, Kama i Jolka, to trzy kobiety w średnim wieku, których życie nie jest do końca tak idealne jak można by sądzić. Choć mają bogatych mężów, żyją w luksusie i nie muszą martwić się o pieniądze, pojawiają się pewne problemy które skutecznie burzą ich spokój. Nadmiar kilogramów, kurze łapki i coraz więcej lat na koncie. Do tego ich mężowie dopuszczają się zdrady z młodszymi i bardziej atrakcyjnymi kobietami, nie zwracając uwagi na wierność swoich żon. Najlepszym wyjściem z sytuacji byłby rozwód, ale kobiety przed ślubem podpisały intercyzy. Co zatem zrobić? Odpowiedź jest prosta: zostać wdową i pozbyć się balastu. Trzy przyjaciółki zawiązują pakt, decydując się wykończyć swoich niewiernych mężów. Szybko jednak przekonują się, że nie będzie to takie proste...

„Prawdziwą trudnością nie jest kłamanie tak, by ludzie we wszystko wierzyli, lecz zapamiętanie tego, co się mówiło. I komu. Dlatego trzeba kłamać wszystkim po równo.”

„(…) przypadki chodzą po ludziach, jednak jak jest ich za dużo, to trudno w nie uwierzyć.”

„Były sobie świnki trzy” to moje pierwsze spotkanie z piórem Olgi Rudnickiej. Gdy zaczęłam czytać, od razu zwróciłam uwagę na lekki i przyjemny styl autorki. Spodziewałam się, że będzie to kryminał z lekkim przymrużeniem oka i nie pomyliłam się. To wyśmienita komedia pomyłek, która poza dawką świetnego humoru, zachwyca umiejętnościami pisarskimi Olgi Rudnickiej, a także oryginalnym i ciekawie poprowadzonym tematem. Od samego początku rzuciło mi się w oczy podobieństwo do serialu „Gotowe na wszystko” i nawet pojawia się takie porównanie w książce, więc trafiłam w dziesiątkę. Trzeba przyznać, że wyszło to autorce na dobre. „Były sobie świnki trzy” to rozrywka w najlepszym wydaniu i gwarancja przyjemnie spędzonego czasu.

Wszystko rozchodzi się o te piekielne intercyzy. Gdyby nie to, nic nie stałoby na przeszkodzie, aby zdecydować się na rozwód. Ale przecież żadna z kobiet nie chce zostać z niczym. Wspólnie dochodzą do wniosku, że najlepiej gdyby każda z nich została wdową. Ale jak to zrobić? Trzeba wszystko dokładnie zaplanować i przemyśleć, bo wykończenie męża, to nie taka prosta sprawa. I tu zaczynają się schody... bo jak pozbyć się trzech osób, tak by nie ściągnąć na siebie uwagi policji? Kobiety muszą działać wspólnie i najlepiej żeby każda śmierć wyglądała na nieszczęśliwy wypadek. I choć mają pewne opory, szybko przekonają się, że nie taki wilk straszny jak go malują. Jaki będzie finał tej historii? Czy pozbycie się niewiernego męża to jedyne wyjście z sytuacji?

Olga Rudnicka wie jak zaintrygować czytelnika. W świetny i przemyślany sposób prowadzi fabułę, z każdą chwilą dokładając coraz więcej elementów, które mają na celu nas zaskoczyć, a przede wszystkim rozśmieszyć. I choć spodziewałam się, jak potoczy się historia, absolutnie nie zepsuło mi to odbioru powieści. Cięty język, zabawne dialogi i czarny humor idealnie się ze sobą łączą tworząc genialnie skonstruowaną komedię kryminalną. Bohaterowie są wyraziści i kontrastowi. Każda z trzech kobiet jest inna, dzięki czemu świetnie się uzupełniają. To pomaga im zaplanować wręcz zbrodnie idealną. Okazuje się jednak, że wiele planów będą musiały zmienić, bo z każdą chwilą pojawiają się nowe okoliczności i sytuacje, które mają znaczący wpływ dla przebiegu wydarzeń.

„Człowiek to dziwna istota. Woli wierzyć w kłamstwa, choćby nie wiadomo jak nieprawdopodobne, niż w prawdę.”

„Były sobie świnki trzy” to przede wszystkim obraz wspaniałej kobiecej przyjaźni. I choć kobiety w wielu kwestiach się nie zgadzają, a nawet kłócą, to jednak potrafią dojść do porozumienia. I w każdej, nawet najbardziej dramatycznej chwili, mogą na sobie polegać. Czy to trzeba śledzić niewiernego męża, czy to nakłamać policji, czy zakopać zwłoki w lesie... Prawdziwa przyjaciółka jest gotowa na wszystko. Oprócz trzech kobiet (świnek), w książce pojawi się również czwarta, która też odegra znaczącą rolę dla całej historii. Jaki będzie finał, musicie przekonać się sami. Ale zapewniam, że niejednokrotnie będziecie zaskoczeni.

Książka Olgi Rudnickiej to zabawna historia, pełna niespodziewanych zwrotów akcji, śmiesznych sytuacji i barwnych bohaterek. Rozbawi Was do łez, poprawi humor, a przy okazji pozwoli Wam zapomnieć o szarej rzeczywistości. „Były sobie świnki trzy” to łatwa w odbiorze powieść, która będzie idealną odskocznią od codzienności. Polecam!

Autor: Olga Rudnicka
Tytuł: Były sobie świnki trzy
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data premiery: 15 marca 2016
Liczba stron: 360
Gatunek: komedia kryminalna
MOJA OCENA: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka


piątek, 11 marca 2016

"Raven" Sylvain Reynard [PRZEDPREMIEROWO]


Do książek o wampirach podchodzę z dużym dystansem. Może jest to po części spowodowane przereklamowaną sagą „Zmierzch”, którą miałam okazje czytać w przeszłości. Mimo to, co jakiś czas robię wyjątek i sięgam po lektury tego typu. Gdy ujrzałam w zapowiedziach książkę „Raven”, po raz kolejny postanowiłam zmierzyć się z tematem wampiryzmu w literaturze.

Chodząca o lasce, niepełnosprawna Raven Wood pracuje w galerii Uffizi we Florencji i zajmuje się renowacją obrazów. Pewnego wieczoru, wracając do domu, jest świadkiem brutalnego ataku na bezdomnego. Nie zamierza jednak stać bezczynnie i interweniuje. Napastnicy całą swoją agresję skupiają na niej. Wydaje się, że już nic nie może jej uratować... Niespodziewanie z ciemności wyłania się tajemnicza postać i bezwzględnie rozprawia się z bandziorami. Jedyne co Raven pamięta nim traci przytomność, to niezrozumiałe słowa które nieznajomy szepcze jej do ucha. Gdy się budzi, odkrywa ze zdumieniem, że zmienił się jej wygląd, a po jej ułomności nie został ani ślad. Teraz jest piękną i atrakcyjną kobietą. Co dziwniejsze kobieta kompletnie nic nie pamięta, a od dnia wypadku minął ponad tydzień. Na domiar złego pod jej nieobecność z galerii zostają skradzione bezcenne ilustracje Boticellego, a główną podejrzaną jest Raven. Aby odnaleźć złodzieja i odkryć tożsamość tajemniczego wybawcy kobieta zagłębia się w mroczne zakamarki Florencji, gdzie żyją istoty rodem z przerażających legend i sennych koszmarów.

Po przeczytaniu książki, postanowiłam dowiedzieć się czegoś więcej o autorce. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Sylvain Reynard to pseudonim który niekoniecznie należy do kobiety. Płeć autora nie jest znana, choć ja osobiście skłaniam się ku domysłom, że jest kobietą. Część z Was być może kojarzy trylogię o Gabrielu Emmersonie, dzięki której autor zasłynął i zyskał dość sporą rzeszę fanów. „Raven” to kolejna książka autora, która otwiera cykl „The Florentine”, opowiadający o wampirach, którego akcja rozgrywa się w pięknej i malowniczej Florencji. Jest to również moje pierwsze spotkanie z piórem autora i już mogę stwierdzić, że na pewno nie ostatnie. Choć wampiry nie są szczególnie przeze mnie lubiane, to jednak „Raven” na tyle mnie zaintrygowała i wciągnęła, że z pewnością sięgnę po kontynuację.

Autor w swojej książce zabiera nas w mroczne zakamarki Florencji, gdzie świat wampirów i ludzi się przenika. Świat niebezpieczny, ale niesamowicie intrygujący, pełen namiętności i tajemnic. Do tego świata powoli wkracza niczego nieświadoma Raven. Ma jednak przewodnika, który zdradza jej sekrety środowiska wampirów i pokazuje jej nieznane dotąd oblicze Florencji. Kobieta z fascynacją, ale też z pewnym lękiem ulega urokowi przystojnego wampira. Między nimi wybucha prawdziwa namiętność i pożądanie. Raven poznaje świat o którym do tej pory nie miała pojęcia i rozkosz która rozpali wszystkie jej zmysły. Jak potoczą się jej losy? Jak daleko się posunie? Czy romans z wampirem jest w ogóle możliwy?

Książka Sylvain Reynard to niezwykle namiętny i zmysłowy paranormalny romans. Do tego gatunku, tak jak do wampirów podchodzę z rezerwą, jednak „Raven” tak bardzo mnie zaciekawiła i tak bardzo mnie pochłonęła, że w pewnym momencie przestałam w ogóle zawracać sobie głowę moimi uprzedzeniami i wątpliwościami. Owszem, wampirów jest tutaj całe mnóstwo, jednak w znakomity sposób wtapiają się w historię. Autor jednak nie uniknął pewnych stereotypów. Wampiry są silne, piękne i szybkie, no i przede wszystkim skaczą po dachach. Ludzie nie mają pojęcia, że dzielą swój świat z istotami nadprzyrodzonymi, choć są i osoby które o tym wiedzą i nawet utrzymują z nimi bliższe stosunki. Są również ludzie, którzy polują na wampiry w celu zdobycia ich krwi, która jest niezwykle cenna.

Autor wszystko opisuje niezwykle obrazowo i realnie, bohaterowie są dopracowani i ciekawie przedstawieni. Historia Raven i księcia wampirów zapiera dech w piersi, rozpala zmysły i pobudza wyobraźnię. Niczego nie możemy być pewni i to jest właśnie fantastyczne. Akcja jest płynna i szybka, pełna napięcia i zaskakujących sytuacji. Całości dopełnia niepowtarzalny mroczny klimat, który wręcz elektryzuje. Tak naprawdę akcja powieści rozgrywa się w większości w nocy, bo jak na wampiry przystało, nie za dobrze czują się w świetle dziennym. Ważnym elementem w książce jest również sztuka, a mianowicie obrazy Boticellego. Wydarzenia przez cały czas lawirują wokół obrazów malarza, a jego sztuka stanowi tutaj dość istotny czynnik. Wszystko łączy się ze sobą, tworząc niepowtarzalną, zmysłową i magiczną opowieść, która zachwyca i urzeka.

„Raven” to nietuzinkowa książka, która na pewno spodoba się każdemu kto lubi nietypowe romanse, a zwłaszcza takie z odrobiną paranormalności. Historia florenckich wampirów mocno intryguje i wciąga do swojego mrocznego świata, gwarantując niezapomniane wrażenia. Dajcie się skusić i uwieść tej niezwykłej historii, a przekonacie się, że przepadniecie z kretesem. Gorąco polecam!

Autor: Sylvain Reynard
Tytuł: Raven
Tytuł oryginału: The Raven
Cykl: The Florentine (tom 1)
Wydawnictwo: Akurat
Data premiery: 16 marca 2016
Liczba stron: 510
Gatunek: paranormal romance
MOJA OCENA: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Akurat


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka