Pokazywanie postów oznaczonych etykietą debiut. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą debiut. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

"Gdzie jest Mia?" Alexandra Burt


„Czasami przypominasz sobie jedną rzecz, ta z kolei pozwala ci przypomnieć sobie kolejną i zanim się zorientujesz, pamiętasz wszystko.”

Estelle Paradise budzi się w szpitalu i nie pamięta jak tam trafiła. Znaleziono ją na dnie wąwozu bliską śmierci z raną postrzałową głowy. Jak się okazuje, kobieta straciła też pamięć. Dochodzi do niej jednak makabryczna prawda – jej siedmiomiesięczna córeczka Mia zaginęła. Estelle próbuje sobie przypomnieć co się wydarzyło. Pamięta jednak tylko tyle, że kilka dni wcześniej odkryła, że łóżeczko jej córki jest puste. Do tego wszystkie rzeczy Mii zniknęły, tak jakby nigdy nie istniała. Zrozpaczona matka nie potrafi tego wyjaśnić, ale robi wszystko aby odnaleźć swoje dziecko. Dziwne zachowanie Estelle jednak nie ułatwia sprawy, a fakt, że nie zgłosiła zaginięcia córeczki na policję tylko działa na jej niekorzyść. Kobieta staje się główną podejrzaną. Trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie za pomocą terapii zaczyna wszystko sobie przypominać. Prawda okazuje się jednak zbyt przerażająca i wstrząsająca by ją udźwignąć.

„Gdzie jest Mia?” to bardzo dobry thriller psychologiczny który na pewno spodoba się miłośnikom tego gatunku. Aż trudno uwierzyć, że jest to debiut, zwłaszcza, że Alexandra Burt pisze z tak wielką lekkością, jakby robiła to od zawsze. Język jest płynny i przejrzysty, zaś sam pomysł na fabułę budzi uznanie. Akcja nie pędzi na łeb na szyję, tylko powoli się rozkręca, aż do finału, który po prostu zapiera dech w piersi. Napięcie jednak jakie towarzyszy podczas lektury jest tak ogromne, że aż ciężko usiedzieć w miejscu. Choć mnie początek trochę się dłużył i z niecierpliwością czekałam, aż książka trochę się rozkręci. Późniejsze wydarzenia zrekompensowały mi ten czas oczekiwania, a książka tak mnie pochłonęła, że całkowicie straciłam poczucie czasu.

„Opowiedziana historia ma wielką moc, a powtarzana wielokrotnie ryje w umyśle koleinę, która – zanim się zorientujesz – staje się coraz głębsza. Z lisiej nory zmienia się w ziemiankę dostatecznie głęboką, żeby się w niej ukryć.”

Narracja prowadzona jest w pierwszej osobie, dzięki czemu dokładnie możemy dowiedzieć się co dzieje się w głowie głównej bohaterki. Widzimy jak ogromne emocje nią targają, a sam fakt zniknięcia córeczki budzi jej niepokój, paniczny strach i dezorientację. Kobieta tak naprawdę nie wie już co się wydarzyło. Cała wina spada na nią, przez co Estelle zaczyna podejrzewać samą siebie. Boi się, że mogła zrobić córce coś okropnego. Amnezja w pewnym sensie okazuje się zbawienna, jednak kobieta wie, że musi przypomnieć sobie wszystko, aby odkryć co tak naprawdę miało miejsce. Nawet jeśli okaże się, że to ona jest wszystkiemu winna. Autorka z ogromną precyzją ukazuje obraz osoby pogrążonej w cierpieniu i będącej w szoku. Choć trzeba przyznać, że myśli głównej bohaterki momentami budzą grozę i mrożą krew w żyłach. Tak naprawdę, ciężko uwierzyć w jej niewinność. Dodatkowo w oczach policji i opinii publicznej Estelle od razu zyskuje miano podejrzanej. Nikt nie chce jej wierzyć, co wprowadza ją w jeszcze większą panikę. Kobieta znajduje się w pułapce swojego umysłu i pamięci i tylko przypomnienie sobie minionych wydarzeń, może przynieść upragniony spokój. Czy jej się uda? Czy odzyska wspomnienia?

Alexandra Burt w swojej książce porusza również temat depresji poporodowej. Jest to dość delikatny temat, o którym mówi się raczej dość rzadko. Jednak prawda jest taka, że wiele kobiet się z nią zmaga, a jeśli nie otrzymają odpowiedniej pomocy może się okazać, że jej skutki będą tragiczne. To przerażające, ale niestety prawdziwe. Autorka z ogromną delikatnością porusza to zagadnienie, ucząc nas wrażliwości i zrozumienia dla zachowań niektórych osób. Nie warto od razu oceniać i określać kogoś mianem złej matki, tylko dlatego, że dziecko cały czas płacze, a kobieta nie może sobie poradzić z opieką nad nim. W wielu przypadkach nie bierze się to z zaniedbania, tylko z choroby o której nie chce się mówić.

„Los może się zjawić niespodziewany, ale gdy już zapuka do twoich drzwi, nic go nie powstrzyma.”

„Gdzie jest Mia?” to powieść która potrafi wstrząsnąć do głębi, poruszyć duszę i nawet zaszokować. Jest to typowy thriller psychologiczny, w którym znajdziemy wszystko czego wymagamy od książek z tego gatunku – niepokój, napięcie, adrenalinę i zaskakujące zwroty akcji. Do tego mistrzowsko poprowadzoną narrację i pomysłową fabułę. Czegóż chcieć więcej? To opowieść o trudnym macierzyństwie, o sprawdzaniu się w roli matki i zmaganiu się z ogromnym bólem i tragedią. Trzeba przyznać, że jak na debiut jest to naprawdę bardzo dobra książka. Może i nie jest perfekcyjna, ale ważne, że budzi emocje i nie pozostawia nas obojętnymi. Warto przeczytać i samemu się o tym przekonać.

Autor: Alexandra Burt
Tytuł: Gdzie jest Mia?
Tytuł oryginału: Remember Mia
Wydawnictwo: Świat Książki
Data wydania: 2 czerwca 2016
Liczba stron: 416
Gatunek: thriller/thriller psychologiczny
MOJA OCENA: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Księgarni BookMaster.com.pl



czwartek, 21 lipca 2016

"Jeden wieczór w Paradise" Magdalena Majcher


„Raz przeżywamy lepsze, innym razem gorsze chwile, euforia miesza się ze smutkiem, radość wybucha, żeby za chwilę ustąpić miejsca złości. Najważniejsze, żeby być szczęśliwym...”

Marianna już dawno przestała być szczęśliwa. Do jej życia wkradła się rutyna i monotonia. Poświęcając się całkowicie dzieciom i mężowi, zrezygnowała ze swoich pragnień i marzeń. Kobiecie coraz trudniej nawiązać nić porozumienia z Pawłem, do tego ten jakby przestał ją zauważać. Ich małżeństwo właśnie przeżywa kryzys. Niespodziewanie któregoś dnia Marianna spotyka mężczyznę z przeszłości, Konrada, swoją dawną miłość, a to sprawia, że kobieta postanawia postawić na szali swoje dotychczasowe życie i choć przez chwilę pomyśleć o sobie. Uczucie rozbudza na nowo, a z nią namiętność. Jaki będzie finał tej historii? Czy Marianna uwikła się w romans?

„Jeden wieczór w Paradise” to książka opowiadająca o ludziach, którzy po wielu latach małżeństwa zaczęli się od siebie oddalać. Z każdym dniem między małżonkami wyrasta coraz większy mur, a żadne z nich nie robi nic aby go zburzyć. W ich związku zapanowała obojętność, a ich relacje stały się oziębłe i nieczułe. Ich życie erotyczne praktycznie przestało istnieć, co dodatkowo potęguje frustrację Marianny. Kobieta pragnie poczuć się wolna i wreszcie przestać martwić się o innych i znaleźć tą upragnioną chwilę dla siebie. Nie spodziewa się jednak, że ta chwila całkowicie odmieni jej życie.

Książka Magdaleny Majcher to bardzo mocny debiut. Została napisana lekkim i przystępnym językiem, a historia zawarta na jej kartkach tak naprawdę mogłaby przydarzyć się każdemu z nas. Myślę, że wiele kobiet, lub mężczyzn będzie mogło utożsamić się z bohaterami powieści, zwłaszcza, że temat który porusza autorka jest niestety dość powszechnym zjawiskiem. Coraz więcej małżeństw przeżywa kryzys. Obowiązki domowe, opieka nad dziećmi, bieg za karierą i problemy życia codziennego sprawiają, że ludzie zamiast być dla siebie wsparciem, zaczynają się od siebie oddalać. Dostrzegają w sobie rzeczy których wcześniej nie widzieli bo byli zbyt zaślepieni miłością. No i ta monotonia, która nieproszona wkrada się do ich życia. Prawda jest jednak taka, że jeśli nie będziemy dbać o siebie nawzajem i dostrzegać swoich potrzeb, związek nie będzie miał szansy na powodzenie. O miłość trzeba się troszczyć, tak aby nigdy nie zgasła. Zwłaszcza, jeśli zależy nam na drugiej osobie. I to właśnie pokazuje nam Magdalena Majcher w swojej książce. Jej historia jest bardzo życiowa, bohaterowie realni, a ich problemy autentyczne. To sprawia, że „Jeden wieczór w Paradise” na pewno poruszy nie jedne kobiece serce.

Autorka w swojej książce porusza temat zdrady, uczciwości i wierności. Pokazuje powolny rozpad małżeństwa i to jak ogromny ma on wpływ nie tylko na małżonków, ale i na resztę rodziny, a przede wszystkim dzieci. Widzimy również kobietę która całkowicie poświęciła się dla rodziny, zaniedbując siebie i swoje potrzeby. Chęć zmian pchnęła ją w ramiona kochanka, nie bacząc na konsekwencje jakie będą się wiązały z jej decyzją. Emocje i namiętność biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Bohaterka ulega urokowi tej magicznej chwili całkowicie zatracając się w nowym uczuciu. Zaczyna kłamać i oszukiwać, co niestety nie prowadzi do niczego dobrego.

Magdalena Majcher stworzyła niesamowicie barwnych i plastycznych bohaterów. Jest bardzo dobrym obserwatorem otaczającego nas świata i ludzkich zachowań, co od razu rzuca się w oczy podczas czytania książki. Problemy, rozterki i uczucia targające bohaterami nie są nam obce, dzięki czemu bez problemu możemy się z nimi identyfikować. Autorka napisała bardzo współczesną i dojrzałą powieść obyczajową, dbając o szczegóły i wiarygodność swojej historii. Brakowało mi jednak elementu zaskoczenia, a książka w pewnym momencie stała się dość przewidywalna. Jednak zważywszy na to, że jest to debiut autorki, można przymknąć oko na tę drobnostkę.

„Jeden wieczór w Paradise” to bardzo życiowa i mądra książka, pełna emocji, ludzkich dylematów i problemów. Skłania do głębszych refleksji i przemyśleń, zachwyca i nie pozostawia nas obojętnymi. Autorka udowodniła, że ma ogromny potencjał, a mi nie pozostaje nic innego jak czekać na jej kolejną książkę. Polecam i zachęcam do lektury. Naprawdę warto.

Autor: Magdalena Majcher
Tytuł: Jeden wieczór w Paradise
Wydawnictwo: Edipresse Książki
Data wydania: 18 maja 2016
Liczba stron: 288
Gatunek: literatura obyczajowa
MOJA OCENA: 8/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce oraz Wydawnictwu Edipresse Książki


poniedziałek, 9 maja 2016

"Magonia" Maria Dahvana Headley


Czy istnieje podniebny świat pełen tajemniczych i magicznych stworzeń? Świat latających statków? A może to co widzimy gdy patrzymy w niebo, w gruncie rzeczy jest czymś zupełnie innym? Może właśnie tam, ponad chmurami skrywa się fantazyjna kraina. Magonia.

Aza Ray od dzieciństwa cierpi na tajemniczą chorobę płuc, przez którą ciężko jej oddychać. Na domiar złego jest jedyną osobą na świecie która zmaga się z tym schorzeniem. Lekarze nie są w stanie jej pomóc, bo na jej przypadłość jeszcze nie wynaleziono lekarstwa. Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że przyjdzie czas kiedy będzie musiała pożegnać się ze światem żywych. Pewnego dnia Aza zauważa na niebie statek wyłaniający się z chmur. Rodzina przypisuje to skutkom ubocznym zażywania leków. Dziewczyna wie, że to co widziała to nie były halucynacje. Słyszy głos wołający ją ze statku. I tylko jej przyjaciel Jason zdaje się jej wierzyć. Wtedy pierwszy raz słyszy słowo Magonia. Jednak zanim ma okazję poważniej się nad tym zastanowić, dzieje się coś strasznego i dziewczyna umiera. Budzi się zupełnie gdzie indziej. W świecie latających statków i magicznych stworzeń. Tutaj Aza może w końcu swobodnie oddychać, do tego ma potężną moc. Nie będzie jej dane jednak zbyt długo cieszyć się spokojem. Szykuje się wojna między Ziemią a Magonią. W jej rękach spoczywa los całej ludzkości i chłopaka który ją kocha. Po której stronie stanie Aza?

„Nie wiesz, czym są prawdziwe halucynacje, póki ich nie doświadczysz. To coś niewyobrażalnego.”

Zdarza się tak, że gdy spojrzymy na jakąś książkę, wiemy już, że będzie to strzał w dziesiątkę. Czujemy to pod skórą i w każdej komórce ciała. I choć czasami staramy się nie ulegać pokusie, to jednak prędzej czy później ta książka i tak trafi w nasze ręce. Tak właśnie było ze mną i „Magonią”. Zahipnotyzowana przepiękną okładką i intrygującym opisem fabuły, dałam się złapać w sidła. Cieszę się jednak, że uległam, bowiem ta książka sprawiła, że na kilka godzin wręcz oderwałam się od ziemi i wyruszyłam w podniebną podróż. A była to tak ekscytująca i niewyobrażalnie wspaniała wędrówka, że najchętniej znowu bym się w nią wybrała. Szkoda tylko, że skończyła się tak szybko, pozostawiając odrobinę niedosytu i żalu, że już muszę pożegnać się z tym magicznym światem.

Pierwsze o czym pomyślałam patrząc na okładkę książki, to że będzie to opowieść o aniołach. Może to zasługa tego wielkiego pióra i opisu fabuły, w którym mowa o podniebnym świecie. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam w czym sęk i że wcale nie będzie tu żadnych aniołów. Zostałam pozytywnie zaskoczona, a im dalej odkrywałam świat magicznych istot ukrytych w książce, po prostu nie mogłam wyjść z podziwu. Autorka stworzyła tak niesamowicie oryginalną i niepowtarzalną powieść, która zdumiewa, a jednocześnie fascynuje. Choć książka w całości jest fikcją, to jednak autorka opierała się na źródłach historycznych. Można więc wywnioskować, że niegdyś wierzono w istnienie podniebnego świata i statków wyłaniających się z chmur. Pierwsze o czym pomyślałam, to Piotruś Pan i jego Nibylandia. W końcu tam też pojawiają się latające statki.

„Magonia” to niesamowicie złożona i momentami dość chaotyczna książka. Język jest dość szczególny i na początku miałam duży problem z wgłębieniem się w tekst. Również nietypowy rodzaj narracji może budzić pewną dezorientację. Historię poznajemy z punktu widzenia Azy i Jasona, jednak w niektórych momentach bohaterowie zwracają się do czytelnika. Moim zdaniem powodowało to niepotrzebny chaos i było po prostu zbędne. Inaczej ma się sprawa z bohaterami, których w całej książce jest dość wielu. Należy ich rozdzielić na ludzi i mieszkańców podniebnego świata. Niestety ci pierwsi nie wzbudzili we mnie zbyt wielu emocji i mówiąc szczerze, z żadnym z nich jakoś specjalnie się nie zżyłam. Ciężko wyrazić mi swoją opinię na temat Azy i Jasona, bo wydaje mi się, że ich charakterystyka była dość uboga. Podoba mi się natomiast wątek miłosny, który nie przytłoczył całej historii, a był dla niej poniekąd pewnym urozmaiceniem. Relacja jaka się wywiązuje między bohaterami jest dość specyficzna, ale również bardzo subtelna i delikatna. Ciekawe jest również ukazanie Azy jako osoby cierpiącej na nieuleczalną chorobę. Dodaje to pewnego dramatyzmu do całej historii. Jeśli chodzi o postacie fantastyczne, to tutaj zostałam naprawdę mile zaskoczona. Podobały mi się opisy magicznych stworzeń i mieszkańców Magonii. To dość barwne i zróżnicowane osobowości, a przede wszystkim bardzo pomysłowe i oryginalne. Dzięki temu nasza wyobraźnia ma szansę odrobinę popracować.

„Nawet ludzie, którzy nigdy nie widzieli cudu, mogą uwierzyć w cuda, Azo Ray. Nawet ludzie, którzy nigdy nie widzieli światła, którzy byli trzymani w ciemnościach, których oślepiła biel śniegu lub błękit nieba. Nawet oni są w stanie uwierzyć w niewyobrażalne rzeczy.”

Maria Dahvana Headley stworzyła magiczną i niepowtarzalną historię która zachwyca mnogością szczegółów, malowniczymi opisami wykreowanego przez nią świata i zróżnicowanymi postaciami. Wszystko się ze sobą idealnie komponuje i sprawia, że „Magonia” zyskuje miano nieszablonowej, nietypowej i niezwykle błyskotliwej książki. Zdecydowanie wyróżnia się na tle innych książek fantastycznych, zwłaszcza, że nie znajdziemy tutaj żadnych wampirów, aniołów, demonów i innych tym podobnych stworzeń. To coś znacznie innego i lepszego. Wnosi odrobinę świeżości i niepowtarzalności do literatury.

Mówiąc szczerze, mi takie rozwiązanie jak najbardziej odpowiada. A Wam? Macie ochotę na coś fantazyjnego, nieszablonowego i odrobinę dziwnego? Jeśli tak, to „Magonia” będzie w sam raz. Dajcie się skusić i wyruszcie w tę podniebną podróż. Na pewno, nie prędko o niej zapomnicie.

Autor: Maria Dahvana Headley
Tytuł: Magonia
Cykl: Magonia (tom 1)
Wydawnictwo: Galeria Książki
Data wydania: 3 lutego 2016
Liczba stron: 291
Gatunek: literatura młodzieżowa/fantastyka
MOJA OCENA: 8/10


Książkę do recenzji przekazała Księgarnia TaniaKsiążka.pl, za co bardzo dziękuję


wtorek, 12 kwietnia 2016

"Wioska morderców" Elisabeth Herrmann [PREMIEROWO]


Czasami gdy przeszłość zbyt boli, zakopuje się ją głęboko w zakamarkach pamięci. Tak, by już nigdy nie ujrzała światła dziennego. Jednak wspomnienia, zwłaszcza te traumatyczne, mają to do siebie, że i tak wracają i to w najmniej spodziewanym momencie. Wtedy już nie ma odwrotu, trzeba zmierzyć się z demonami przeszłości, aby w końcu odzyskać spokój.

Pewnego dnia w berlińskim ogrodzie zoologicznym dochodzi do makabrycznej zbrodni. W jednej z zagród dla zwierząt zostają znalezione fragmenty ludzkiego ciała. Gdy na miejscu zbrodni pojawia się policjantka Sanela Beara, zastaje chaos i zamieszanie. Kilka dni później zostaje ujawnione nazwisko podejrzanej o dokonanie tego makabrycznego czynu. Jest nią Charlie Rubin, jedna z pracownic zoo. Kobieta przyznaje się, że to ona dopuściła się zbrodni. Jednak Sanela ma pewne wątpliwości i rozpoczyna dochodzenie na własną rękę. Tymczasem profesor Gabriel Brock i młody psycholog Jeremy Saaler muszą przygotować opinię na temat poczytalności Charlie Rubin. Zaczynają podejrzewać, że wszystko może mieć podłoże w dzieciństwie podejrzanej, która wychowała się w małej wiosce Wendisch Bruch, gdzie nie ma już ani jednego mężczyzny. Co takiego zdarzyło się w ogrodzie zoologicznym? Czy faktycznie winną zbrodni jest Charlie Rubin? Co wydarzyło się przed laty w wiosce?

„Do zła należy podchodzić z dystansem. Wprawdzie nie umniejsza to jego działania, ale czyni go bardziej przewidywalnym.”

„Wioska morderców” od samego początku mocno wciąga i intryguje. Pierwsze co rzuca się oczy, to niepokojący, duszny klimat, który praktycznie utrzymuje się aż do samego końca książki. Również uczucie nadciągającej katastrofy jest tutaj obecne, a w niektórych momentach wręcz paraliżuje i wywołuje strach. Wszystko ociera się o tajemnice z przeszłości, która wiąże się z teraźniejszą zbrodnią dokonaną w ogrodzie zoologicznym. Wiemy na pewno, że w dzieciństwie kobiety podejrzanej o morderstwo zdarzyło się coś złego. Jest również mroczna i tajemnicza wioska Wendisch Bruch, która skrywa wiele przerażających sekretów. To tam wychowała się Charlie Rubin, więc możemy spodziewać się, że w dużej mierze wszystko będzie miało związek z tym miejscem. W książce dużą rolę odgrywają zwierzęta. Na każdym kroku jest o nich mowa, a zwłaszcza o psach, które mają coś wspólnego z przeszłością podejrzanej. To dodatkowo budzi niepokój i podsyca tajemniczą atmosferę. Czytelnik z niecierpliwością zagłębia się w lekturę, chcąc jak najszybciej rozwiązać zagadkę. Nie będzie to jednak proste, bo autorka postarała się, aby w książce nie zabrakło nagłych zwrotów akcji i sytuacji które budzą dezorientację.

Dawno nie czytałam tak mrocznego i niepokojącego thrillera. Wszystko zostało tutaj dopracowane i doszlifowane do perfekcji. W niektórych momentach, aż ciężko uwierzyć, że jest to debiut. Zwłaszcza, że Elisabeth Herrmann może pochwalić się wyśmienitym warsztatem pisarskim, a także umiejętnością skonstruowania fenomenalnej intrygi i fabuły, która pochłania od pierwszych stron. Nie można zapomnieć o mistrzowsko wykreowanych bohaterach, a zwłaszcza o ich portretach psychologicznych. Mam tu na myśli przede wszystkim domniemaną morderczynię. Zagłębianie się w jej psychikę, badanie jej poczytalności i szukanie motywów jakie mogłyby nią kierować, to jedna z najmocniejszych stron w tej książce. Za nic w świecie nie byłam w stanie jej rozgryźć i praktycznie do samego końca nie wiedziałam czy to ona była winna zbrodni. Miałam pewne wątpliwości względem jej osoby. Inaczej przedstawiała się sprawa z jej siostrą, która unikała kontaktu z Charlie, jak również Charlie z nią. To kolejny istotny element całej książki. Konflikt między siostrami ma również powiązanie z ich przeszłością i wioską Wendisch Bruch.

„Wioska morderców” otwiera cykl powieści o policjantce Saneli Beara. Odgrywa ona bardzo znaczącą rolę w książce, a jej prywatne śledztwo pozwoli odkryć zagadki jakie skrywa wymarła wioska. Dziwne jest to, że mieszka tam zaledwie garstka kobiet, a po mężczyznach nie został żaden ślad. Sanela próbuje dowiedzieć się, czy faktycznie Charlie Rubin mogła być winna zbrodni i co z tym wszystkim ma wspólnego zniknięcie mężczyzn i psy? Zdradzę tylko, że wszystko się ze sobą łączy, tworząc przemyślaną i zgraną całość.

„W życiu człowieka są czasem takie chwile, gdy zaczyna się nad sobą zastanawiać. Robi wtedy rzeczy, które nakazuje mu sytuacja, bo kolejna okazja może się już nie nadarzyć.”

Książka Elisabeth Herrmann to mistrzowsko napisany kryminał pomieszany z thrillerem, z wyraźnie odznaczającym się tłem psychologicznym. Trzyma w napięciu do ostatniej strony, budząc niepokój i dezorientację. Wartka akcja, mistrzowsko wykreowani bohaterowie i fenomenalna intryga sprawiają, że książkę czyta się jednym tchem. Nie można zapomnieć o zakończeniu, które mocno zaskakuje i aż wbija w fotel z wrażenia. Macie ochotę na mrożący krew w żyłach kryminał? Lubicie zagadki z przeszłości? Jeśli tak, to trafiliście idealnie. Ta książka sprawi, że będziecie siedzieć jak na szpilkach i jeszcze długo po przeczytaniu, nie będziecie mogli dojść do siebie. Jednym słowem: wow!

Autor: Elisabeth Herrmann
Tytuł: Wioska morderców
Tytuł oryginału: Das Dorf der Mörder
Cykl: Sanela Beara (tom 1)
Data premiery: 12 kwietnia 2016
Liczba stron: 548
Gatunek: kryminał/thriller
MOJA OCENA: 8/10


Książkę do recenzji przekazało Wydawnictwo Prószyński i S-ka, za co bardzo dziękuję


poniedziałek, 11 kwietnia 2016

"Dziewczyna z ogrodu" Parnaz Foroutan


Zdarzają się takie książki, które po przeczytaniu zostawiają mętlik w głowie, a wyrażenie swoich odczuć po lekturze jest niezwykle trudne i kłopotliwe. Długo zbierałam się w sobie, aby napisać kilka słów na temat powieści Parnaz Foroutan. Chciałabym przekazać wszystkie emocje i uczucia jakie towarzyszyły mi podczas czytania, jednak obawiam się, że nie będzie to takie proste...

Historia rozgrywa się w XX-wiecznym Iranie w mieście Kermanshah i opowiada o losach zamożnej rodziny żydowskiej. Rachel, która wychowywała się w ubogiej rodzinie bez matki, niespodziewanie wychodzi za mąż za bogatego Ashera. Już od pierwszej chwili musi sprostać obowiązkom jakie spadają na nią ze strony męża i społeczeństwa. Musi urodzić dziecko, a najlepiej chłopca. Niestety upragnione dziecko wciąż się nie pojawia, a Rachel zaczyna wpadać w coraz większy popłoch. Boi się, że gdy nie zajdzie w ciąże to straci swoją pozycję, a jej miejsce zajmie inna kobieta. Zagubiona coraz bardziej, nie potrafi poradzić sobie z presją otoczenia, która pogłębia się jeszcze bardziej, kiedy okazuje się, że dziecka spodziewa się jej szwagierka. Rachel zaczyna w sobie hodować zazdrość i mściwość, które przeradzają się w żądzę zemsty i obsesję, które na zawsze ją odmienią.

„Dziewczyna z ogrodu” to książka napisana dość niezwykłym stylem. Nie przepadam za nagłymi skokami w czasie i akcji, a tutaj jest ich dość sporo. Budzi to pewną dezorientację i dyskomfort, przez co na początku bardzo ciężko wgryźć się w historię i przyzwyczaić do specyficznej narracji. Dodatkowo została ukazana w formie wspomnień, co również może trochę utrudniać czytanie. Sprawy nie ułatwia również dość duża ilość bohaterów, którzy co chwilę przewijają się w książce. Nie będę ukrywać, że miałam pewien mętlik w głowie i momentami po prostu nie wiedziałam o kim jest mowa w tekście. Jednak w miarę czytania, wszystko zaczynało się wyjaśniać, a wydarzenia powoli nabierały sensu. Przyzwyczaiłam się również do nietypowej narracji i coraz łatwiej odnajdowałam się w historii. Książka tak bardzo mnie wciągnęła i zaintrygowała, że nawet nie spostrzegłam kiedy skończyłam ją czytać. Budziła we mnie niewyobrażalną ilość emocji, od niepokoju, poprzez niedowierzanie, aż do pewnego lęku o losy bohaterów i o to, jak zakończy się ta opowieść. Bo wręcz było pewne, że nie może się skończyć dobrze. To dodatkowo podsycało moją ciekawość i zniecierpliwienie.

„Mamy tylko tyle czasu na żal, na ile sobie możemy pozwolić.”

Cała opowieść skupia się na losach Rachel i jej męża Ashera. Oboje się bardzo wyrazistymi postaciami i nie można zaprzeczyć, że genialnie wykreowanymi. Autorka z ogromną precyzją nakreśliła ich portrety psychologiczne i charakter. Są w pewien sposób postaciami tragicznymi, a cała opowieść tak naprawdę tchnie melancholią i smutkiem. Rachel choć jest bardzo silną kobietą, to jednak z czasem objawiają się w niej bardzo złe cechy. Żądza posiadania dziecka po pewnym czasie przeradza się w niezdrową obsesję. Chcąc sprawdzić się w roli żony, robi wszystko by zajść w ciąże. Niestety upragniony potomek nie przychodzi na świat, a kobieta z każdą chwilą czuje się coraz bardziej sfrustrowana i przerażona. Presja ze strony otoczenia i społeczeństwa dodatkowo pogłębia jej rozdrażnienie, a jakby tego było mało, jej szwagierka zachodzi w ciąże i rodzi syna. To sprawia, że w Rachel budzi się zazdrość i chęć zemsty. Momentami zachowuje się wręcz jak obłąkana. Nie może znieść myśli, że jest w jakiś sposób gorsza lub naznaczona. Jej obsesja z każdą chwilą staje się coraz bardziej wyraźna i niebezpieczna. Co z tego wyniknie?

Również Asher odgrywa tutaj znaczącą rolę. Choć ma w życiu praktycznie wszystko – oddaną żonę, wspaniałego brata, ogromny majątek i wysoki status w społeczeństwie, to jednak jest jedna rzecz, która spędza mu sen z powiek. Mianowicie brak potomka. W mężczyźnie zaczyna rodzić się złość i nienawiść, choć w pewien sposób również obsesja. O wszystko obwinia swoją żonę Rachel, uważając ją za bezużyteczną dlatego, że nie może dać mu upragnionego syna. Sfrustrowany Asher podejmuje fatalną w skutkach decyzję, która będzie miała wpływ na losy całej jego rodziny.

„Dziewczyna z ogrodu” to bez wątpienia bardzo trudna książka. I choć czyta się ją szybko, to jednak natłok wydarzeń rozgrywających się w książce, może sprawić, że poczujemy się przytłoczeni czytanym tekstem. Wiele tu emocji, czasami dość sprzecznych. Historia Ashera i Rachel głęboko porusza i wywołuje ogromny smutek i niepokój. To niezwykle malownicza, wyrazista, ale również niesamowicie druzgocąca historia opowiadająca przede wszystkim o władzy, zemście, nienawiści, głęboko skrywanym żalu, jak również obsesji, która prowadzi do kolejnych nieszczęść. To fenomenalny debiut, który polecam przede wszystkim tym którzy lubią opowieści rozgrywające się na Bliskim Wschodzie, jak również tym którzy mają ochotę na nietuzinkową i dość wymagającą lekturę.

Autor: Parnaz Foroutan
Tytuł: Dziewczyna z ogrodu
Tytuł oryginału: The Girl from the Garden
Wydawnictwo: Kobiece
Data wydania: 25 stycznia 2016
Liczba stron: 264
Gatunek: literatura współczesna/dramat
MOJA OCENA: 7/10


Książkę do recenzji przekazało Wydawnictwo Kobiece, za co bardzo dziękuję


poniedziałek, 4 kwietnia 2016

"Nie oddam szczęścia walkowerem" Agnieszka Jeż, Paulina Płatkowska [PRZEDPREMIEROWO]


Nigdy tak naprawdę nie będziemy wiedzieć co szykuje dla nas los. Jedno jest pewne, w zanadrzu ma wiele niespodzianek. Zarówno tych przykrych, jak i tych pozytywnych. Może warto więc sprawdzić co tym razem otrzymamy w prezencie od życia? Zwłaszcza, gdy można liczyć na wsparcie najlepszej przyjaciółki.

Magda jest redaktorką w piśmie katolickim, a jej małżeństwo właśnie się rozpadło. Pozostawiona sama z córką, nie może wybaczyć swojemu byłemu mężowi zdrady, zwłaszcza, że sama robiła wszystko by jakoś ocalić ich związek. Niespodziewanie w jej życiu pojawia się nowy mężczyzna, który od razu skrada jej serce. Targana dylematami moralnymi i wewnętrznymi rozterkami, sama nie wie jak powinna postąpić. Zwłaszcza że Wiktor nie potrafi się zdecydować czy chce z być z Magdą, czy nie. Do tego ma żonę i dzieci. Jak zachowa się Magda? Czy Wiktor podejmie w końcu decyzję?
Jagoda pracuje w redakcji pisma kobiecego, gdzie radzi innym czytelniczkom w sprawach sercowych. Sama jednak nie może uporać się ze swoimi problemami. Już od jakiegoś czasu w jej małżeństwie nie dzieje się zbyt dobrze. Mąż nie poświęca jej zbyt wiele uwagi i czasu. Dlatego też kobieta znajduje pocieszenie u boku innego mężczyzny. Jerzy rozbudza w niej pragnienie i namiętność, a Jagoda z pewnymi oporami oddaje się uczuciu jakie zaczyna się między nimi rodzić. Niespodziewanie mąż proponuje jej wspólną terapię, dla dobra związku i rodziny. Jakie decyzje podejmie Jagoda? Czy zapomni o Jerzym?

Książka „Nie oddam szczęścia walkowerem” to dość nietypowa lektura. To korespondencja mailowa dwóch zaprzyjaźnionych ze sobą kobiet. Mówiąc szczerze, miałam pewne obawy gdy sięgałam po lekturę. Bałam się monotonii i nudy, która może wkraść się w tekst. Nic bardziej mylnego. Agnieszka Jeż i Paulina Płatkowska stworzyły niezwykle wartościową i dojrzałą historię, która porusza wiele ważnych życiowych tematów. I choć jest to po części historia o miłości i poszukiwaniu swojego własnego „ja”, to jednak w dużej mierze opowiada o prawdziwej kobiecej przyjaźni.

Autorki wcielają się w swoje książkowe bohaterki, pokazując nam jak ważne jest posiadanie osoby na której możemy polegać. Relacja jaka wywiązuje się między Jagodą i Magdą w miarę upływu czasu coraz bardziej ewoluuje, a ich przyjaźń z każdą chwilą staje się silniejsza. Kobiety dzielą się ze sobą swoimi rozterkami, problemami i przemyśleniami nawet tymi najintymniejszymi. To dowodzi, że ufają sobie w pełni, dzięki czemu wiedzą, że mogą sobie powierzyć wszystkie tajemnice i sekrety. Co z resztą robią od samego początku. Obie kobiety znajdują się na zakręcie życiowym i to jest właśnie ten moment kiedy muszą podjąć wiążące decyzje, które wpłyną na jakość ich dalszego życia. Muszą jednak myśleć nie tylko o sobie. W takiej sytuacji rodzą się pytania. A nawet całe mnóstwo pytań. Czy iść za głosem serca, czy może dalej tkwić w związku który tak naprawdę nie ma przyszłości? Dać się porwać namiętności i uwikłać w romans? Walczyć o swoje szczęście, czy może całkowicie odpuścić? Agnieszka Jeż i Paulina Płatkowska uzmysławiają nam, że najważniejsze to podejmować decyzje, które będą zgodne z naszym sumieniem. W końcu to od nas zależy którą drogą pójdziemy.

„Nie oddam szczęścia walkowerem” choć porusza trudne i przykre tematy, takie jak chociażby zdrada lub rozstanie, to jednak obie panie postarały się, aby ich książka nie była przygnębiająca. To błyskotliwa i niesamowicie zabawna lektura, która poza istotnym przesłaniem, ma wnieść do naszego życia odrobinę pozytywnej energii i pogody ducha. Bo choć bohaterki znajdują się w trudnej sytuacji, zdarza im się przeżywać również te radosne chwile. Agnieszka Jeż i Paulina Płatkowska doskonale budują napięcie i emocje. W niektórych momentach wybuchamy śmiechem, by za chwilę kręcić głową z niedowierzaniem i z rosnącym niepokojem obserwować przebieg wydarzeń. Może się zdarzyć, że nie będziemy zgadzać się z wyborami bohaterek, jednak jak to w życiu bywa, niczego tak naprawdę nie możemy być pewni. Zwłaszcza, że sami nie wiemy jakie decyzje podjęlibyśmy będąc na miejscu Magdy lub Jagody.

Książka Agnieszki Jeż i Pauliny Płatkowskiej to doskonały debiut. Pokazująca nam, że nigdy nie należy się poddawać. I nawet pomimo przeciwności losu zawsze warto powalczyć o odrobinę szczęścia. W końcu należy się ono każdemu z nas. To lekka, zabawna i przesycona prawdziwymi emocjami historia opowiadająca o sile przyjaźni, miłości i poszukiwaniu sensu życia. Mieni się całą paletą barw i zachwyca swoją prostotą. Gorąco polecam!

Autor: Agnieszka Jeż, Paulina Płatkowska
Tytuł: Nie oddam szczęścia walkowerem
Wydawnictwo: Czarna Owca
Data premiery: 13 kwietnia 2016
Liczba stron: 464
Gatunek: literatura obyczajowa
MOJA OCENA: 8/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca


czwartek, 17 marca 2016

"Barwy miłości" Kathryn Taylor


Jaką barwę ma miłość? Może być czerwona jak krew, żółta jak słońce lub niebieska jak niebo. Może też być czarna jak atrament i bezgwiezdna noc. Niezwykle namiętna, gorąca i rozpalająca wszystkie zmysły...

Grace Lawson przybywa do Londynu, gdzie ma odbyć trzymiesięczną praktykę w znanej i cenionej firmie. Już na lotnisku podczas spotkania ze swoim szefem zalicza pierwszą wpadkę. Nie stawia to jej w zbyt dobrym świetle, jednak mężczyzna dzięki temu zwraca na nią uwagę. Od tego momentu zaczyna się nią interesować, aż w końcu proponuje jej współpracę. Grace jest zafascynowana Jonathanem. Niezwykle bogaty, szaleńczo przystojny, a przede wszystkim pozbawiony skrupułów. To wszystko sprawia, że mężczyzna ją do siebie przyciąga, a naiwna Grace coraz bardziej ulega jego urokowi. Stara się być ostrożna, zwłaszcza, że jej nowa przyjaciółka Annie, wciąż ostrzega ją przed szefem i prosi aby zbytnio  nie angażowała się uczuciowo, bo przystojny Jonathan skrywa też mroczną i ciemną stronę... Z czasem jednak między tą dwójką wybucha niezwykła namiętność, której Grace ulega. Oddaje się w ręce swojego kochanka, który pokazuje jej mroczny świat żądz i seksualnych fantazji, jakich Grace do tej pory nie zaznała...

Nie jestem ekspertem jeśli chodzi o powieści erotyczne, nie przeczytałam również popularnej książki E.L. James „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, do której debiut Kathryn Taylor jest porównywany. Mogę się jednak domyślić o czym jest książka E.L. James i jakie jest jej zamierzenie, zwłaszcza, że wielu autorów coraz częściej inspiruje się Greyem, a książek o podobnej tematyce na rynku wydawniczym pojawia się coraz więcej. Nie byłabym jednak sobą, gdybym na własnej skórze nie przekonała się czy „Barwy miłości” są rzeczywiście tak gorącą i namiętną książką, jak większość mówi. Ostatnio coraz częściej sięgam po literaturę erotyczną i zaczynam dostrzegać w niej pewien potencjał. Zawsze jednak gdy czytam jakąś książkę z tego gatunku boję się schematyczności i powtarzalności tematu. Bo w końcu co nowego można napisać o seksie? Jak się okazuje, całkiem sporo. Wystarczy ciekawy pomysł, odrobina inspiracji i dobre wykonanie.

Historia Grace i Jonathana, mówiąc szczerze nie jest zbyt odkrywcza. Autorka nie uniknęła schematu, gdzie mężczyzna gra rolę dominującego samca. Jest niezwykle przystojny, wyrachowany i arogancki, ale swoim nieprzystępnym i chłodnym podejściem fascynuje Grace. Ona zaś jest uległa, niedoświadczona i ostrożna. I choć bardzo się stara, nie potrafi ulec urokowi Jonathana. Ten traktuje ją dość przedmiotowo i nie zamierza wdawać się w głębsze relacje. Jednak w przypadku Grace nie jest to takie proste. Nowe doświadczenia sprawiają, że kobieta coraz bardziej emocjonalnie zaczyna angażować się w ten związek. Niepokojące jest również to, że Jonathan obraca się w dziwnych i tajemniczych kręgach, a jego wspólnik,  Japończyk Yutto Nagako zaczyna się w jawny sposób interesować Grace. Kobieta nie ma pojęcia kim jest mężczyzna i jakie są jego zamiary, dlatego robi wszystko by go unikać. Jakie tajemnice skrywa Jonathan? Kim jest Japończyk i czego chce od Grace? Jaki będzie finał tej historii?

Książka Kathryn Taylor od pierwszej strony bardzo mnie zaintrygowała i wciągnęła. I choć podchodziłam do niej z dużym dystansem, niejednokrotnie mnie zaskoczyła. Podoba mi się sposób w jaki autorka buduje napięcie. Wie jak zaciekawić czytelnika i sprawić, aby ten z wypiekami na twarzy przewracał kolejne kartki. Ważną kwestią jest budowa powieści. Można powiedzieć, że została podzielona na dwie części, co wyraźnie rzuca się w oczy. W pierwszej połowie książki bohaterowie dopiero się poznają, ich relacja powoli nabiera rumieńców i rozpędu. Nie ma tu wstawek erotycznych, a jest raczej delikatny romans. W drugiej części między bohaterami wybucha namiętność, pojawiają się bardziej pikantne fragmenty i sceny zbliżeń. Autorka jednak opisuje wszystko z niezwykłym wyczuciem i smakiem. Owszem seksu jest tu całkiem sporo, ale nie jest on obsceniczny, ani niesmaczny. Dzięki temu książkę czyta się z ogromnym zainteresowaniem i skupieniem, a poszczególne fragmenty rozgrzewają zmysły i atmosferę.

Warto również zwrócić uwagę na charakterystykę bohaterów. Kathryn Taylor postarała się, aby każdy z nich wyróżniał się innymi cechami. Postać Jonathana intryguje, a jego trauma, jeszcze bardziej rozbudza ciekawość czytelnika. Chcemy dowiedzieć się jakie wydarzenia go zmieniły i pozbawiły uczuć. Grace to wstydliwa i skromna kobieta, choć ja określiłabym ją raczej mianem słodkiej idiotki. Póki co, nie mam jeszcze wyrobionego zdania na jej temat. Zobaczymy jak będzie w przypadku kolejnego tomu.

„Barwy miłości” to namiętny i porywający romans erotyczny. Intryguje, przyciąga uwagę i zachęca do dalszego poznania tej niezwykłej historii. Książkę czyta się niezwykle lekko i szybko, a sceny erotyczne nie przytłaczają, a wręcz przeciwnie, pobudzają ciekawość i wyobraźnię. I choć nie jestem ekspertem od erotyków, książka Kathryn Taylor naprawdę mi się podobała. To bardzo obiecujący debiut, po który warto sięgnąć. Polecam, nie tylko fanom powieści erotycznych. Myślę, że miłośnicy bardziej pikantnych romansów również będą zachwyceni.

Autor: Kathryn Taylor
Tytuł: Barwy miłości
Tytuł oryginału: Colours od Love - Entfesselt
Cykl: Colours od Love (tom 1)
Wydawnictwo: Akurat
Data wydania: 8 kwietnia 2015
Liczba stron: 352
Gatunek: literatura erotyczna/romans
MOJA OCENA: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Akurat


poniedziałek, 14 marca 2016

"Dziewczyna z Ajutthai" Agnieszka Walczak-Chojecka


Czy praca jest najważniejsza? Czy ciągła pogoń za sukcesem, to gwarancja szczęścia? A gdzie w tym wszystkim miejsce dla samego siebie, dla swoich marzeń i pragnień? Może w końcu nadszedł czas aby coś zmienić? Przecież każda zmiana, nawet ta najmniejsza, może być początkiem czegoś wielkiego i niezwykłego...

Joanna jest kobietą sukcesu, praca w wielkiej korporacji zapewnia jej życie na wysokim poziomie. W pracy wszyscy ją szanują i podziwiają. Nic nie zapowiada, aby coś miało pójść nie po jej myśli. Niespodziewanie jednak zostaje zwolniona z pracy, czego powodem miały być ponoć cięcia w kosztach. Kobieta jest zdruzgotana i ciężko jej poradzić sobie z utratą pracy. Jak się okazuje, ma też dużo wolnego czasu, z którym nie wie co zrobić. Pewnego dnia spotyka kolegę z dawnych lat, który proponuje jej pracę która będzie się wiązać z wyjazdem do Tajlandii. Razem ze znajomymi wyrusza w niezwykłą podróż, która będzie nie tylko spełnieniem jej marzeń, ale również ucieczką od wszystkiego co do tej pory ją ograniczało. W międzyczasie jej przyjaciółka Iza musi uporać się ze swoimi problemami. Straciła wiarę w swojego mężczyznę, a podróż do Tajlandii ma jej pomóc w uporaniu się z wątpliwościami i rozterkami. Obie kobiety będą musiały poszukać właściwej drogi i wyruszyć w głąb samych siebie. Czy przyjaciółki odnajdą szczęście i posłuchają swoich wewnętrznych głosów? Czy w końcu poczują się wolne?

„Czasami prawda jest zbyt bolesna, by można ją było tak po prostu przełknąć.” *str.36

„W życiu jest tyle cudownych możliwości, tylko trzeba w nie uwierzyć i wybrać coś, co cię naprawdę kręci.” *str.121

Agnieszka Walczak-Chojecka to polska autorka którą bardzo sobie cenię. Pierwszą książką pisarki która trafiła w moje ręce była „Włoska symfonia”, która całkowicie mnie pochłonęła i oczarowała. Sięgając po „Dziewczynę z Ajutthai” liczyłam na podobne emocje i wrażenia z lektury. Okazało się jednak, że obie książki znacznie się od siebie różnią, a każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa. „Dziewczyna z Ajutthai” to debiutancka książka autorki, która doczekała się swojego wznowienia. Cieszę się, że mogłam ją przeczytać, bo było to dla mnie niezwykłe i bardzo nietypowe doświadczenie.

Autorka zabiera czytelnika w niezwykłą i odkrywczą podróż. Na początek, wraz z bohaterką wyruszamy w góry, by później zagłębić się w egzotyczny i zniewalający klimat pięknej Tajlandii. Agnieszka Walczak-Chojecka w bardzo obrazowy sposób przedstawia nam ten magiczny zakątek świata. Wędrówka Joanny i jej przyjaciółki, to nie tylko egzotyczna podróż w której bohaterki mogą odpocząć od codzienności i problemów. To również mistyczna wędrówka w głąb samych siebie, która ma na celu obnażyć ich słabości i próbować się z nimi uporać. Jest tutaj również tajemnicza dziewczyna z Ajutthai, która jest atrybutem i symbolem całej historii, jak i Joanny. Jaką tajemnicę skrywa? Kobieta musi odnaleźć spokój ducha i spróbować uwolnić się od tego, co do tej pory ją zniewalało. Utrata pracy jest katalizatorem do zmian i choć kobiecie nie jest łatwo się z tym uporać, podróż do dalekiej Tajlandii pomaga jej zrozumieć co w życiu jest najważniejsze. Będzie to dla niej początek czegoś nowego. Joanna, jak i jej przyjaciółka Iza wrócą z tej podróży całkowicie odmienione i szczęśliwsze.

Po przeczytaniu „Włoskiej symfonii” spodziewałam się, że „Dziewczyna z Ajutthai” będzie równie zniewalającą i namiętną historią. Zwróciłam uwagę, że na poprzednim wydaniu książki znajduje się podtytuł „Niezbyt grzeczna historia”. Próbowałam doszukać się tej niegrzeczności w książce, ale jakoś mi się nie udało. Nie ma tu ani wulgarności, ani tym bardziej zdrożnych treści. Jak dla mnie to niezwykle klimatyczna i intrygująca lektura, która owszem zniewala, ale nie scenami namiętności, a niesamowitymi opisami egzotycznych miejsc i wewnętrznej wędrówki Joanny.

Książkę czytało mi się niezwykle lekko i szybko, a historia Joanny bardzo mnie zaintrygowała. Choć niestety można zauważyć pewne niedociągnięcia, które spycham na karb tego, iż był to debiut autorki. Najbardziej przeszkadzały mi przeskoki między poszczególnymi wydarzeniami i zbyt powierzchowne potraktowanie tematu. Zabrakło mi pewnego rozwinięcia i płynności akcji. Wydaje mi się, że książkę można było jeszcze trochę rozwinąć, dzięki czemu czytelnik miałby okazję zżyć się z bohaterami i dużo bardziej wczuć w całą historię.

„(…) czasem los daje nam znaki, a my ich nie zauważamy, albo po prostu nie chcemy zauważyć, bo boimy się zmian, które się zdarzą, jeśli podejmiemy wyzwanie. A przecież zmiany bywają zbawienne.” *str.208

„Dziewczyna z Ajutthai” to klimatyczna i ekscytująca lektura, która zabiera czytelnika w niecodzienną podróż na drugi koniec świata. Autorka ma niezwykły talent do opisywania otoczenia i w świetny sposób wplata to w swoje historie. Dzięki temu zyskują zupełnie innego wydźwięki i charakteru. „Dziewczyna z Ajutthai” to książka która zachwyca niezwykłymi barwami, plastycznymi bohaterami i intrygującą fabułą. To lekka, ale również bardzo refleksyjna lektura. Polecam i zachęcam do zapoznania się z twórczością Agnieszki Walczak-Chojeckiej.

Autor: Agnieszka Walczak-Chojecka
Tytuł: Dziewczyna z Ajutthai
Wydawnictwo: Filia
Data wydania: 09 września 2015
Liczba stron: 328
Gatunek: literatura obyczajowa
MOJA OCENA: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce


środa, 2 marca 2016

"Samulka" Kinga Facon [PREMIEROWO]


W życiu każdego człowieka zdarzają się chwile, które sprawiają, że życie traci sens. Świat niegdyś pełen barw, staje się szary, a codzienność z każdym dniem przytłacza coraz bardziej. Ogrom problemów może doprowadzić do załamania nerwowego, a nawet szaleństwa. Czy jest jakaś skuteczna terapia, która pozwoli zapomnieć o traumatycznych wspomnieniach? Która sprawi, że przestaniemy czuć się samotni?

Trzy lata temu do Samulek przeprowadziła się Ewa, która próbuje poukładać swoje życie, po tragedii która ją dotknęła. Pracuje jako księgowa w przedszkolu i choć nie jest to jej wymarzona praca, cieszy się, że ma jakieś zajęcie. Każdy jej dzień jest taki sam, a samotność coraz bardziej daje się jej we znaki. Kobieta przygarnia więc psa Kajtka, który od razu staje się jej najlepszym przyjacielem. Jednak bolesne wspomnienia wciąż wracają i wywracają życie Ewy do góry nogami. Droga do szczęścia okaże się niezwykle trudna i wyboista. Niezawodni okażą się tutaj nowi znajomi i tajemniczy Marcin, który niespodziewanie pojawia się w życiu Ewy. Tylko czy on istnieje naprawdę? Co przydarzyło się kobiecie, że zdecydowała się zamieszkać w Samulkach? Czy uda się jej odnaleźć sens życia?

Uwielbiam powieści obyczajowe i zawsze z wielką przyjemnością po nie sięgam. Zwykle staram się dobierać lektury tak, żeby potem nie czuć rozczarowania. Czasem niestety nie da się tego uniknąć. Na szczęście „Samulka” okazała się bardzo dobrym wyborem. Dawno nie czytałam tak nietypowej, nieszablonowej i oryginalnej książki. Warto również zaznaczyć, że jest to debiut i trzeba przyznać, że naprawdę dobry. Autorka wie jak zaciekawić i czytelnika i wciągnąć go do swojego świata. Urzeka prostotą, delikatnością i niesamowitą kreacją głównej bohaterki, która od samego początku bardzo mnie zaintrygowała.

Ewa to dość nietypowa osoba. Stara się nie rzucać w oczy i najchętniej wcale nie opuszczałaby swojego domu. Czuje się przytłoczona ogromem problemów i wspomnieniami, które co chwilę wdzierają się do jej życia. Kobieta tak naprawdę czasami nie wie co jest prawdą, a co tylko wymysłem jej wyobraźni. Żyje jak w próżni i stara się przetrwać jakoś kolejne dni. Najlepszym kompanem okazuje się przygarnięty ze schroniska pies Kajtek, oraz literaccy bohaterowie z którymi Ewa prowadzi rozmowy. Tylko w tym świecie czuje się dobrze, a gdy jej wzrok znów zasnuwa ciemność, kobieta ucieka do swojego maleńkiego świata. Można by powiedzieć, że wegetuje, bo ciężko jej egzystencje nazwać życiem. Dobrym lekarstwem okazują się przeróżne terapie, które Ewa z wielkim zapałem codziennie testuje. Kawoterapia, floroterapia, ciastkoterapia, dogoterapia, książkoterapia... Cokolwiek, byleby zapomnieć o traumatycznych wspomnieniach. Wszystko się jednak zmienia, gdy w jej życiu pojawia się mężczyzna o imieniu Marcin. Porusza jakąś strunę w jej duszy i sercu, co skutkuje tym, że coraz bardziej się do niego przekonuje. Nie wie tylko, czy mężczyzna jest prawdziwy, czy to kolejny wytwór jej wyobraźni. Jaki będzie finał tej historii? Czy Marcin istnieje naprawdę?

"Przebaczenie to nie uczucie.
To akt woli. To fakt."

Lektura „Samulki” okazała się dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Autorka stworzyła historię, która choć może wydawać się zwyczajna, to jednak potrafi zaskoczyć i zaintrygować. Sam pomysł z przeprowadzaniem przez Ewę dialogów z bohaterami z książek, jest dość niezwykły i muszę przyznać, że wielokrotnie byłam zdumiona. Czasami i mi zacierała się granica między tym co rzeczywiste, a co fikcyjne. Do teraz tak naprawdę nie mogę wyjść z podziwu jak niesamowity portret psychologiczny osoby dotkniętej tragedią, autorka odmalowała w swojej książce. Kinga Facon jest doskonałym obserwatorem i w mistrzowski sposób potrafi przenieść swoje spostrzeżenia na papier. Kreacja głównej bohaterki to bez wątpienia główny atut tej powieści i to na niej całkowicie skupiła się moja uwaga. Bohaterowie drugoplanowi przewijają się przez całą historię, jednak jak na moje oko, stanowią tylko tło dla historii Ewy.

„Samulka” to dojrzała i niezwykle emocjonalna powieść, która potrafi zaskoczyć, ale też głęboko poruszyć. Postać Ewy bardzo mnie rozczuliła, było mi jej w niektórych momentach po prostu żal i wcale się nie dziwie, że zdecydowała się odsunąć od ludzi. Życie doświadczyło ją w bardzo przykry sposób i być może samotność, okazała się jedynym wyjściem z tej sytuacji, jak również skutecznym sposobem na radzenie sobie z przejmującym bólem. Książka Kingi Facon to bez wątpienia bardzo dobry debiut, który naprawdę zasługuje na uwagę. Autorka może pochwalić się świetnym warsztatem pisarskim, a jej powieść tylko to potwierdza. Książkę czyta się szybko i pomimo trudnej tematyki, niezwykle lekko. Akcja ani na moment nie zwalnia, aż do zakończenia, które może wywołać konsternację i ogromne zdziwienie.

„Samulka” to mądra i poruszająca opowieść, która pokazuje nam, że tak naprawdę warto wybaczać, bo tylko to pozwoli nam uwolnić się od balastu jaki nosimy na swoich plecach. Nie warto chować w sobie urazy, trzeba zacząć żyć po swojemu i pozwolić, aby miłość i szczęście zagościły w naszych sercach. Tylko wtedy tak naprawdę świat nabierze barw, a wszystko od razu stanie się prostsze. Książka Kingi Facon skłania do refleksji, intryguje i daje nadzieję. To piękna, emocjonalna i ujmująca historia, która porusza najczulsze struny w naszych duszach. Polecam i zachęcam do sięgnięcia po tę niezwykłą lekturę.

Autor: Kinga Facon
Tytuł: Samulka
Wydawnictwo: Otwarte
Data wydania: 2 marca 2016
Liczba stron: 360
Gatunek: literatura obyczajowa
MOJA OCENA: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Otwarte


niedziela, 21 lutego 2016

"Ścieżki życia" Edyta Kowalska


Każdy z nas idzie ścieżką wyznaczoną przez życie. Czasem ta ścieżka jest bardzo kręta i wyboista, a innym razem prosta i delikatna. Czasem jednak trzeba zejść z utartego szlaku i zdecydować się na podróż inną drogą. Nie zawsze może to być łatwa wędrówka, ale prawda jest taka, że pomimo przeciwności losu trzeba walczyć o swoje szczęście.

Julia ma ponad trzydzieści lat i właśnie znalazła się na zakręcie życiowym. Mąż ostatnio nie poświęcał jej zbyt wiele uwagi, a do zaczął ją zdradzać. Kobieta podejmuje decyzję o rozstaniu. Od tego czasu próbuje walczyć z bezsensem i monotonią która wkradła się do jej życia. Jej główną atrakcją są książki, praca w bibliotece i opieka nad przygarniętym kotem Piernikiem. Na szczęście ma wspaniałych przyjaciół, na których zawsze może liczyć. Tak naprawdę rozwód to początek zmian w jej życiu. Julia przechodzi na dietę i zaczyna ćwiczyć. A miłość która niespodziewanie pojawia się w jej życiu, sprawia że kobieta odżywa. I choć boi się ponownego skrzywdzenia, decyduje się zawalczyć o swoje szczęście.

„(…) czasem robisz coś zupełnie przez przypadek i okazuje się, że to najlepsza decyzja w twoim życiu, że zmienia cały twój dotychczasowy świat, wywraca go do góry nogami.” *str.99

„Życie to plątanina wielu dróg, które wybierasz, idąc przed siebie.” *str.141

„Ścieżki życia” to krótka, ale niezwykle lekka i optymistyczna opowieść pokazująca nam, że nigdy nie warto się poddawać i że zawsze trzeba walczyć o siebie i o swoje szczęście. Jest to debiut Edyty Kowalskiej i trzeba przyznać, że naprawdę dobry. Autorka stworzyła historię, która pomimo smutnej sytuacji jaka spotkała główną bohaterkę, ma tak naprawdę na celu podnieść nas na duchu i wnieść do naszego życia odrobinę pozytywnej energii. Edyta Kowalska pisze zgrabnie i lekko. W subtelny sposób ukazała wątek romantyczny, który idealnie komponuje się z całością. Warto również wspomnieć o barwnych i sympatycznych bohaterach. I choć nie jest ich tutaj zbyt wielu, każdy wnosi coś innego do tej niezwykłej historii.  „Ścieżki życia” to książka która urzeka swoją prostotą i ciepłem. Rozgrzewa serce i wywołuje prawdziwy uśmiech na twarzy.

Julia, główna bohaterka historii, to wspaniale nakreślona postać. To niezwykle sympatyczna osóbka, która tak naprawdę od samego początku mnie urzekła i zdobyła moją sympatię. Kobieta powoli stara się poukładać swoje sprawy. Walczy z emocjami, które po rozstaniu z mężem kłębią się w jej wnętrzu. Złość, frustracja, niedowierzanie, rozpacz, aż w końcu obojętność. Dobrze, że ma przyjaciół na których zawsze może polegać i kota Piernika, którego zdecydowała się przygarnąć. No i książki. To kolejny ważny element w jej życiu. To sprawia, że kobieta nie poddaje się rozpaczy i powoli, dzień po dniu, z coraz większym optymizmem patrzy w przyszłość. Czy uda się jej uporządkować swoje życie? Czy wybierze wlaściwą życiową ścieżkę?

Książka została napisana w formie pamiętnika. Julia dzieli się z nami swoimi przemyśleniami i rozterkami. Zauważamy jakie zmiany w niej zachodzą, jakie decyzje podejmuje i jak ogromny wpływ ma na nią nowa miłość która niespodziewanie pojawia się w jej życiu. Podoba mi się taki rodzaj narracji. Książkę czyta się niezwykle lekko i szybko, a my mamy wrażenie jakby historia Julii zdarzyła się naprawdę. Jednak jest jedna rzecz, której bardzo żałuję. Mianowicie tego, że książka tak szybko się kończy. Przeczytałam ją w jeden wieczór i byłam naprawdę zachwycona lekturą, jednak wydaje mi się, że można ją było trochę wydłużyć. Żal mi było rozstać się z bohaterami, a zwłaszcza z Julią, którą naprawdę polubiłam. Odnalazłam w niej bratnią duszę, a jej historia pokazała mi, że pomimo iż w naszym życiu czasem nie dzieje się zbyt dobrze, nie znaczy to, że tak musi być zawsze. Los jest nieprzewidywalny, a my nigdy nie możemy przypuszczać jakie niespodzianki dla nas szykuje. Nie warto się więc bać. Trzeba brać z życia pełnymi garściami, nie oglądając się na to co było kiedyś. Zwłaszcza, że mamy tylko jedno życie i to od nas zależy jak je przeżyjemy.

„Jeśli ktoś wejdzie na niewłaściwą ścieżkę, trzeba pomóc mu zawrócić i wskazać odpowiednią drogę.” *str.143

„Ścieżki życia” to piękna, emocjonalna i niezwykle barwna opowieść. Wnosi do naszych serc nadzieję i światło. Nastraja pozytywnie i dodaje energii. To świetny debiut, po który naprawdę warto sięgnąć. Edyta Kowalska stworzyła książkę która zachwyca swoją prostotą i delikatnością. Ma w sobie niezwykły czar i urok, który przyciąga. Ze swojej strony mogę tylko polecić i zachęcić Was do sięgnięcia po tę nadzwyczajną powieść. Jestem pewna, że będziecie zachwyceni.

Autor: Edyta Kowalska
Tytuł: Ścieżki życia
Wydawnictwo: Poligraf
Data wydania: 16 września 2015
Liczba stron: 152
Gatunek: literatura obyczajowa/kobieca
MOJA OCENA: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Autorce


środa, 10 lutego 2016

"Złe dziewczyny nie umierają" Katie Alender


Zło czai się wszędzie i potrafi przybrać bardzo różne formy. Czy zatem możliwe jest by istniały duchy? Demony, które tyko czyhają by zaatakować? Opętać i omotać umysł, doprowadzając do istnego szaleństwa... Czy takie rzeczy są w ogóle możliwe?

Alexis ma siedemnaście lat i pasjonuje się fotografią. Wyróżnia się z tłumu różowymi włosami i niestety nie ma zbyt wielu przyjaciół. Może za to pochwalić się dość dziwną rodziną i domem, który wygląda jakby był żywcem wyjęty z filmu grozy. Jej matka jest wiecznie zapracowana, przez co nie ma czasu dla rodziny, ojciec też nie chętnie uczestniczy w życiu rodzinnym, a Kasey, młodsza siostra Alexis, bije wszystkich na głowę jeśli chodzi o dziwactwa. Z wielkim zaangażowaniem oddaje się swojemu nietypowemu hobby – kolekcjonowaniu lalek, ale są jeszcze inne rzeczy które zaczynają niepokoić Alexis. Coś dziwnego zaczyna dziać się z jej siostrą. Oczy świecą jej dziwnym blaskiem, używa nietypowego słownictwa i coraz częściej zamyka się w swoim pokoju. Alexis powoli uświadamia sobie, że do jej domu zakradło się zło. Tylko ona może podjąć walkę z czającym się zagrożeniem i uratować siostrę.

Sięgając po książkę „Złe dziewczyny nie umierają” nie spodziewałam się, że będzie to horror. Zwykle nie sięgam po książki z tego gatunku i staram się ich unikać, a to tylko dlatego, że po prostu nie lubię się bać podczas czytania. Wiedziałam, że będzie to książka w klimatach paranormalnych, ale w życiu bym nie przypuszczała, że może to być najprawdziwsza literatura grozy. Jakież było moje zdziwienie, gdy zaczęłam czytać i pomimo wszechogarniającego lęku, brnęłam przez książkę z prawdziwym zainteresowaniem i fascynacją. Fakt, jest to horror i potrafi wywołać prawdziwe dreszcze na ciele, jednak nie można zaprzeczyć, że książkę czyta się fantastycznie. I mówiąc szczerze, bardzo mi się podobała.

„Jeżeli wpatrujesz się w coś dostatecznie długo, dostrzeżesz zarys rzeczy, którą pragniesz ujrzeć.” *str.101

Książka Katie Alender to kolejny obiecujący debiut który trafił w moje ręce. „Złe dziewczyny nie umierają” to niesamowicie klimatyczna książka, która od samego początku mocno intryguje i niepokoi. Im dalej brniemy w lekturę, tym bardziej zaczynamy się bać. Odczuwamy dreszcze na całym ciele, a ciemność wydaje nam się niezwykle złowroga. Jest w tej książce coś takiego, co hipnotyzuje i pomimo iż czujemy lęk, chcemy czytać ją dalej, aż do samego końca, by przekonać się na własnej skórze jak skończy się ta historia. Jest to dość mroczna i demoniczna książka i naprawdę potrafi zmrozić krew w żyłach. Autorka wie jak zaciekawić czytelnika i wciągnąć do swojego świata. Stworzyła nietuzinkową fabułę, mieszając horror ze zjawiskami paranormalnymi. Wzbogaciła swoją książkę w ciekawych i genialnie wykreowanych bohaterów, oraz w dynamiczną akcję, która nie zwalnia ani na sekundę.

Alexis jest typem buntownika, często pakuje się w kłopoty i wagaruje, co niestety skutkuje tym, że przynajmniej raz w tygodniu ląduje na dywaniku u dyrektora. Nie jest też zbyt popularna w swojej szkole, ma opinię dziwaka, a jej różowe włosy mogą to potwierdzać. Również w jej domu nie dzieje się zbyt dobrze. Matka całkowicie oddaje się pracy, przez co nie ma czasu dla swoich córek, ojciec też nie specjalnie sprawdza się w swojej roli. Alexis najwięcej czasu spędza zamknięta w swoim pokoju i w ciemni, wywołując kolejne zdjęcia. Inaczej ma się sprawa z Kasey z którą Alexis ma całkiem niezły kontakt. Jednak dziewczyna zauważa, że coś dziwnego zaczyna dziać się z jej siostrą. Na początku traktuje jej dziwactwa z przymrużeniem oka, w końcu Kasey zawsze była inna. Jednak gdy siostra zaczyna rozmawiać z lalkami, złowieszczo się uśmiechać i niepostrzeżenie pojawiać się za jej plecami, Alexis zaczyna się niepokoić. Powoli dochodzi do niej makabryczna prawda. Jej siostra została opętana przez złego ducha i stanowi zagrożenie nie tylko dla swojej rodziny. Alexis musi działać i stawić czoło demonowi, który zaczaił się w jej domu.

Książka Katie Alender pochłania od pierwszych stron. Czyta się ją niezwykle szybko, a dużym ułatwieniem jest świetny język i styl autorki. Klimat powieści jest fenomenalny i pomimo iż wywołuje strach, potrafi też zachwycić i mocno zaintrygować. Warto również wspomnieć, o lalkach Kasey, które jak dla mnie były jednym z najbardziej złowieszczych elementów w tej historii. Choć jest to dość częsty element horrorów, to jednak potrafi przerazić.

„Złe dziewczyny nie umierają” to świetnie napisana powieść, która pobudza wyobraźnię, wywołuje dreszcze na ciele i ścina krew w żyłach. Mroczna, klimatyczna i niezwykle intrygująca. Wciąga do swojego demonicznego świata, gwarantując niezapomniane wrażenia. Lubicie się bać? Jeśli tak, to książka Katie Alender będzie strzałem w dziesiątkę. Polecam.

Autor: Katie Alender
Tytuł: Złe dziewczyny nie umierają
Cykl: Złe dziewczyny nie umierają (tom 1)
Wydawnictwo: Feeria Young
Data wydania: 13 stycznia 2016
Liczba stron: 360
Gatunek: horror/paranormal
MOJA OCENA: 7/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Feeria Young


niedziela, 7 lutego 2016

"Jak najdalej stąd" Andrea Portes


Wiele razy przytłoczeni zbyt dużą ilością problemów, zastanawiamy się jakby to było, gdybyśmy zdecydowali się na przełomowy krok i uciekli od dotychczasowego życia. Zatrzasnęli za sobą drzwi i wyjechali jak najdalej od domu. Zapominając o przykrościach, rozterkach i problemach. Ale skąd możemy wiedzieć, co czeka nas po drugiej stronie drzwi? I choć może nam się wydawać, że świat stoi przed nami otworem, nie zapominajmy, że tak naprawdę wyruszamy w nieznane.

Luli ma trzynaście lat, a już zdążyła poznać gorzki smak życia. Jej rodzice są alkoholikami i nie specjalnie przejmują się córką. Dziewczyna ma dość ciągłych awantur i pijackich schadzek, dlatego pewnego dnia decyduje się wziąć sprawy w swoje ręce. Pakuje plecak, zabiera pistolet i ucieka z domu. Ma nadzieję, że uda się jej dotrzeć do Las Vegas, by tam znaleźć bogatego sponsora i w końcu ułożyć sobie życie. Nie wie jednak, że bardzo szybko będzie musiała zrezygnować ze swoich planów i marzeń. Na swojej drodze spotka ludzi, którzy wprowadzą ją do świata narkomanów, złodziei i prostytutek, a ona sama szybko będzie musiała pogodzić się z brutalną rzeczywistością i światem, dużo gorszym niż ten, od którego uciekła.

Andrea Portes w swojej książce przybliża nam problemy nastolatków, wychowujących się w patologicznych rodzinach. Wydarzenia opisuje z perspektywy trzynastoletniej Luli, posługując się prostym i dość specyficznym językiem. Ciężko było mi się wgryźć w lekturę, a zbyt długie opisy wydarzeń i przemyśleń dziewczyny w pewnym momencie zaczęły mnie nudzić. Również akcja książki płynie dość wolnym rytmem, co dodatkowo potęgowało znużenie. Sama Luli jest dość irytującą osobą, a jej pewność siebie i wojowniczość działały mi na nerwy. Być może z powodu przykrych doświadczeń życiowych autorka postanowiła tak ukazać swoją bohaterkę, jednak jak dla mnie była po prostu nijaka. Nie zmienia to faktu że przeżyła wiele, jednak powinna wiedzieć, że wchodzenie obcym facetom do samochodu nie wróży nic dobrego. Przez swoją lekkomyślność i naiwność wpakowała się w poważne tarapaty i przekonała się jak brutalne jest życie.

„Są takie rzeczy, które się po prostu wie, jak wtedy, gdy zachodzi słońce i staje się oczywiste, ż tego wieczoru wydarzy się coś nowego. Można nie wiedzieć, co to będzie, i może się okazać, że to nic ważnego, ale coś wisi w powietrzu albo zbliżająca się noc zapowiada, że tym razem się na to zdecydujesz.” *str.40

Luli tak naprawdę jest jeszcze dzieckiem, choć poprzez swoje doświadczenia życiowe, już dawno przestała patrzeć przez różowe okulary. Rodzice zbyt zajęci sobą i piciem alkoholu, nie poświęcają jej wystarczająco dużo czasu i uwagi, a dziewczyna tak naprawdę odkąd pamięta musiała radzić sobie sama. Pomysł z ucieczką wydaje się idealnym wyjściem z sytuacji, zwłaszcza że tak naprawdę nie wiele może stracić, a rodzice pewnie i tak nie prędko zauważą jej zniknięcie. Liczy na to, że w wielkim świecie odnajdzie szczęście i ludzi którzy nadadzą jej życiu sens. Nie może przypuszczać, że wpadnie z deszczu pod rynnę, a osoby które spotka na swojej drodze pokażą jej świat o jakim do tej pory nie miała pojęcia. Co ją spotka podczas tej podróży w nieznane? Czy pożałuje swojej decyzji? Czy w końcu odnajdzie to czego szuka?

Zdaję sobie sprawę, że książka znajdzie wielu zwolenników, jednak ja czuję się trochę rozczarowana. W książce zabrakło mi przede wszystkim emocji i napięcia, którego zwykle oczekuję po tego typu powieściach. Akcja od samego początku jest dość monotonna i właściwie przyspiesza dopiero pod koniec książki. Nie potrafię również jednoznacznie określić bohaterów, bo od samego początku żaden z nich nie wzbudził mojej sympatii. „Jak najdalej stąd” to debiut i być może stąd biorą się te wszystkie niedociągnięcia. Jednak jest pewien pozytywny aspekt całej powieści. Autorka potrafi zaciekawić czytelnika i choć w niektórych momentach poczujemy znużenie, to i tak będziemy brnąć do końca, żeby przekonać się co spotka główną bohaterkę i jaki będzie finał tej historii.

„Jak najdalej stąd” to książka która ma na celu pokazać nam przede wszystkim, jak ważne jest okazywanie miłości swoim dzieciom. Stworzenie dla nich bezpiecznego domu, w którym będą czuły się potrzebne i kochane. Uświadamianie im codziennie jak ogromną mają wartość i jak wiele są w stanie osiągnąć. To opowieść o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, o dojrzewaniu i wkraczaniu w dorosłość. I choć nie jest perfekcyjnie napisana, można z niej wyciągnąć cenne i ważne lekcje. Nie polecam, nie odradzam, wybór zostawiam Wam.

Autor: Andrea Portes
Tytuł: Jak najdalej stąd
Tytuł oryginału: Hick
Wydawnictwo: HarperCollins
Data wydania: 13 stycznia 2016
Liczba stron: 240
Gatunek: literatura młodzieżowa
MOJA OCENA: 6/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu HarperCollins


środa, 13 stycznia 2016

"Garść pierników, szczypta miłości" Natalia Sońska


Każdy z nas poszukuje przepisu na szczęście. Czasem nie jest łatwo go znaleźć, zwłaszcza że życie lubi stawiać przed nami wyzwania. Jednak nie ma przeszkody, której nie dałoby się pokonać. Wystarczy znaleźć w sobie siłę i wiarę i spróbować zawalczyć o swoje szczęście, które przecież nam się należy. Każdy z nas, ma w końcu prawo do tego by być szczęśliwym.

Hanna jest niezależną i nowoczesną kobietą i całkowicie poświęca się budowaniu kariery. Zraniona przed laty, nie zamierza angażować się w żadne związki. Nie ma czasu na miłość i nie zamierza się zakochać, a wszelkie relacje z mężczyznami traktuje jako przelotne romanse. Wszystko się jednak zmienia, gdy w jej życiu pojawia się Wiktor - człowiek sukcesu. Mężczyzna od samego początku intryguje kobietę, a jak się okazuje po pewnym czasie, nie tylko jest przystojny i czarujący, ale też troskliwy i opiekuńczy. Hanna coraz bardziej ulega jego urokowi, zdając sobie sprawę że będzie jej trudno poprzestać na niezobowiązującej relacji. Jakby tego było mało, w jej życiu pojawia się kolejny mężczyzna - Marek, jej były chłopak, a do tego mąż jej przełożonej. Jednak to nie koniec problemów. Hanna popada w konflikt z szefową, a Markowi ewidentnie nie podoba się to, że jego dawna ukochana spotyka się z innym mężczyzną. Jak potoczą się losy bohaterów? Czy przeszłość stanie na drodze do szczęścia?

„(…) na większość wydarzeń w naszym życiu mamy wpływ i sami na nie pracujemy. Jeśli więc, coś nie idzie po naszej myśli, możemy mieć pretensje jedynie do siebie. Narzekając ujawniamy, jak wiele rzeczy nam nie wyszło. Nieświadomie obnażamy swoje słabości. A wystarczy mieć trzeźwe spojrzenie na świat, dystans do siebie i garstkę samokrytyki.” *str.62

„Garść pierników, szczypta miłości” Natalii Sońskiej to kolejny dobry debiut, który w ostatnim czasie trafił w moje ręce. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że nasi polscy pisarze mają się świetnie i piszą naprawdę fantastyczne książki. Wystarczy tylko dać im szansę. Książka Natalii Sońskiej od samego początku mnie wciągnęła. Fabuła być może nie jest zbyt odkrywcza, ale jak dla mnie została idealnie przedstawiona, a co najważniejsze potrafi zaintrygować i wzbudzić zainteresowanie. Również bohaterowie prezentują się fenomenalnie, są wyraziści i niezwykle realistyczni, co zdecydowanie wpływa na korzyść powieści. Nie mogłabym wspomnieć o wartkiej akcji, która do samego końca toczy się swoim rytmem, gwarantując czytelnikowi wiele wrażeń i niespodzianek, których na pewno tutaj nie zabraknie. Całość prezentuje się naprawdę fantastycznie, a idealnym dopełnieniem jest piękna okładka, która w świetny sposób oddaje klimat tej wyjątkowej powieści.

Książka Natalii Sońskiej opowiada przede wszystkim o poszukiwaniu szczęścia, a także miłości, która niepostrzeżenie wkracza do życia głównej bohaterki, zwłaszcza że ta, wcale nie zamierza się zakochać. Wzbrania się jak może przed rodzącym się uczuciem, ale Wiktor w dziwny sposób ją do siebie przyciąga. Szkoda tylko, że na horyzoncie wciąż pojawia się dawny ukochany, który wprowadza tylko niepotrzebny chaos do życia Hanny, przez co ta, czuje się coraz bardziej zagubiona. Marek, choć jest żonaty, nie potrafi zapomnieć o swojej byłej dziewczynie, a jakby tego było mało, w jego życiu prywatnym też nie układa się zbyt dobrze. Obiera sobie za cel Hannę, ale jakie ma zamiary i co zrobi główna bohaterka, tego już nie zdradzę. Mogę tylko wspomnieć, iż w życiu każdego z bohaterów pojawi się wiele komplikacji i zawirowań, a poradzenie sobie z niektórymi problemami i przeciwnościami losu wcale nie będzie takie proste.

Ważną kwestią w każdej książce są jej bohaterowie. Podczas czytania szczególną uwagę zwracam na ich kreację i charakterystykę. W końcu, to przecież oni tworzą powieść, a nie ma nic bardziej denerwującego, niż płytki i nijaki bohater. Książka musi tętnić życiem i kolorami, wciągać do swojego świata i mocno intrygować. I właśnie książka Natalii Sońskiej taka jest. Pełna życia, barw, ciepła i rozchodzącego się wszędzie zapachu pierników. Uwielbiam powieści obyczajowe i mówiąc szczerze, chyba nigdy mi się nie znudzą. Zwykle dobieram książki, tak aby trafiały w mój gust i spełniały oczekiwania. Czasem się nie uda, ale z reguły jestem zadowolona z lektury. „Garść pierników, szczypta miłości” to kolejny celny strzał. Jestem zachwycona tą książką i co tu dużo mówić, chcę więcej.

„Najważniejszy jest pomysł na siebie. Nie można bać się niepowodzeń. O wiele bardziej bolesna jest myśl, że ze strachu zaniechało się tego pierwszego kroku niż upadek po porażce, lecz ze świadomością, że zrobiło się wszystko, co można było zrobić.” *str.139

„Ludzką rzeczą jest się załamać, to naturalna konsekwencja posiadania uczuć. Najważniejsze, w jaki sposób i czy w ogóle potrafimy radzić sobie z problemami.” *str.166

Powrócę jednak do bohaterów powieści. Natalia Sońska ma niesamowity talent jeśli chodzi o przedstawienie postaci w swojej książce. Każdy z nich jest niezwykle realny i wyróżnia się innymi cechami charakteru. Mamy Hannę, główną bohaterkę powieści, która jest dość impulsywna i stara się twardo stąpać po ziemi. Choć zarzeka się, że miłość nie jest dla niej, to jednak w głębi serca marzy o kimś kto ją pokocha i odmieni jej życie. Jest i Wiktor, który na początku nie wydaje się zbyt sympatyczny, jednak im dalej zagłębimy się w lekturę odkryjemy, że całkiem miły z niego facet. Nie można nie wspomnieć o Kindze, najlepszej przyjaciółce Hanki, dość zwariowanej i zakręconej optymistce, na której zawsze można polegać. Wcześniej wspominałam również o Marku, dawnym chłopaku Hanny, który też odgrywa znaczącą rolę w powieści. Jest nerwowy, zaborczy i co tu dużo mówić, niezbyt miły. W całej książce przewinie się jeszcze kilka innych postaci, mniej lub bardziej ważnych, ale każdy z nich wniesie coś nowego do tej niezwykłej historii.

„Garść pierników, szczypta miłości” to pięknie napisana książka, która urzeka swoją prostotą i niebanalnością. Czyta się ją lekko i przyjemnie, a niesamowity klimat Świąt Bożego Narodzenia perfekcyjnie komponuje się z całością. To idealna książka na długie jesienno-zimowe wieczory. Rozgrzeje wasze serca, zachwyci i na pewno pozostanie w waszej pamięci. Polecam!

Autor: Natalia Sońska
Tytuł: Garść pierników, szczypta miłości
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Data wydania: 04 listopada 2015
Liczba stron: 364
Gatunek: literatura obyczajowa
MOJA OCENA: 8/10


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka